Pan Główka funkcjonował i do dziś funkcjonuje w świadomości skierniewiczan jako Honorowy Obywatel Skierniewic. Doceniono jego zasługi jako krzewiciela pamięci Szarych Szeregów — uczestnika konspiracji przeciw okupantowi o pseudonimie „Arga”.
(…) Wielkiego patrioty, niekwestionowanego autorytetu. Człowieka wiernego utrwalonym przez tradycję ideałom, którego wybitne osiągnięcia zasługują na najwyższy szacunek, uznanie i wyróżnienie. Organizatora Pogotowia Wojennego Harcerzy w Skierniewicach. Komendanta konspiracyjnego Hufca Skierniewice „Roju Wilkołak”. Żołnierza Związku Walki Zbrojnej.
Dowódcy plutonu specjalnego w batalionie „Fabryka”. Wybitnego nauczyciela, krzewiącego w młodych pokoleniach miłość do Ojczyzny. Działacza struktur doskonalenia nauczycieli oraz działacza społecznego. Wyjątkowego przyjaciela młodzieży, który wychował i przygotował do dorosłego życia wielu młodych ludzi. Organizatora spotkań, podczas których przekazuje kolejnym pokoleniom etos Armii Krajowej (…)
Treść aktu nadania tytułu Honorowy Obywatel Miasta Skierniewice,
załącznika do uchwały nr XX/1/12 Rady Miasta z dnia 27 I 2012 r.
Aleksander Główka urodził się 12 grudnia 1921 r. w Skierniewicach, które były miejscem jego pobytu do 1969 r. „Arga” (to był jego pseudonim, który tworzą pierwsza i ostatnia litera każdego z członów nazwiska), tak wspominał:
Ulica, przy której mieszkałem, najpierw nazywała się Barania, numer 13, a potem Okrzei 13. Nie pamiętam, kiedy doszło do zmiany nazwy, ale przy okazji jakiejś rocznicy po I wojnie światowej otrzymała nazwę Okrzei. Do dziś nazwa i numer są te same.
W XIX w. ulica Barania była jedną z granic dzielnicy żydowskiej w Skierniewicach i w latach 30. XX w. sytuacja ta wciąż nie ulegała zmianie.
Młody chłopak, jakim był Olek, nie miał uprzedzeń do tych współobywateli, ich obecność w mieście była zupełnie naturalna, gdyż Żydzi stanowili znaczący odsetek mieszkańców od dziesięcioleci i byli aktywni w wielu dziedzinach życia Skierniewic. Poza tym obszar, o którym tu wspomniano, był dobrze znanym punktem na mapie miasta, zarówno pod względem kontaktów społecznych, jak i gospodarczych. Jak się miało okazać, w czasie II wojny światowej to też było miejsce, gdzie młodzież spotykała się w celach konspiracyjnych. Chłopcy w okresie międzywojennym chętnie zdobywali wiedzę o życiu żołnierza i junaka. Obozy przysposobienia wojskowego były dobrym powodem do tego, by pośrednio zaangażowani w ich życie mieszkańcy i ich dzieci przeżywali „sezon na takowe obozy” jak własną historię, co było potem okazją do wspomnień.
Od nieżyjącego już niestety lokalnego bohatera Władysława Pękali, patrioty skierniewiczanina, krzewiciela pamięci o skierniewickich lotnikach, autora książki o pilocie Stanisławie Wieprzkowiczu I on bronił nieba nad Polską i Londynem 1939–1945, w której kolportażu osobiście pomagałem, dowiedziałem się, że on i A. Główka jako młodzi chłopcy odwiedzali obóz przysposobienia wojskowego w Rudzie koło Skierniewic.
Władysław Pękala był: żołnierzem zaprzysiężonym w czerwcu 1942 r., przydzielonym do plutonu szkoleniowego; odznaczony Krzyżem Armii Krajowej przez prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego w dniu 15 kwietnia 1997 r.; awansowany na porucznika 18 marca 2005 r. decyzją ministra obrony narodowej; posiadaczem odznaki za walkę o wolność i niepodległość Ojczyzny, nadanej mu 15 marca 1995 r.
Główka i W. Pękala często w swoich wspomnieniach z okresu sprzed II wojny mówili o księdzu Jerzym Miecznikowskim, który skupiał wokół siebie osoby wierzące, ale także hołdujące wartościom ojczyźnianym. Ksiądz Miecznikowski odprawiał msze w obozie przysposobienia wojskowego, a A. Główka w swojej opowieści odwoływał się do tej postaci, gdy opisywał i inne okoliczności istotne w swoim życiu:
Nie byłem ministrantem, ale byłem bardzo blisko z księdzem Miecznikowskim. On był moim katechetą w Szkole Handlowej przy ulicy Lelewela.
Była to Koedukacyjna Szkoła Handlowa Polskiej Macierzy Szkolnej. Była to szkoła czteroklasowa. Miała to w nazwie, gdyż wszystkie szkoły handlowe nawet w Warszawie były trzyletnie. Ona dawała absolwentom prawo wstępu do podchorążówki. Był to bardzo ważny przywilej dla chłopaków. Moi koledzy pochodzili z Warszawy, Żyrardowa, Łowicza i Płyćwi. Pamiętam kolegów, Stefan Kowalski żyje, ale jest… nie do życia, jest kaleką, a Stanisław Kijański już zmarł. Był jeszcze Władek Borzęcki. Tylu pamiętam.
Z nimi utrzymywałem kontakty.
Ksiądz Jerzy Miecznikowski może uchodzić za prawdziwego pedagoga. Obszary jego działania wyłaniające się z wypowiedzi wielu osób to: kościół — szkoła — wojsko — czytelnictwo — wychowanie. Te elementy można nazwać jednym, ale wyrazistym terminem „patriotyzm”. Krzewienie piękna polszczyzny i tradycji literackich było pierwszoplanowym celem edukacji, powodującym przywiązanie do rodzimej kultury i języka polskiego, mimo że twórcy wymieniani w książkach bywali obcojęzyczni. Jak wspomina A. Główka:
ten bliższy kontakt był z tego powodu, że ja bardzo lubiłem czytać książki, a on z kolei miał jakby prywatną wypożyczalnię i ja mu to pomagałem odebrać (aut. odzyskiwać książki od czytelników), chodziłem nawet na dyżury, bo mieszkał na ulicy Sienkiewicza blisko dworca. Miał pokój w kamienicy. Miał starą, dziobatą gospodynię, tzn. miała ślady choroby na twarzy.
Wypożyczał uczniom i w szpitalu pacjentom. Ale rejestru nie prowadził.
To myśmy rejestr prowadzili. Nas było trzy osoby. Pamiętam jedną taka mszę. Ja nie byłem ministrantem, ale mówił: uporządkujemy te sprawy książkowe, bo jak pojechał do obozu to z książkami. On znał upodobania i chłopców i dziewczynek, np. mogę wymienić dwie pozycje, mianowicie Ania z Zielonego Wzgórza, to dla dziewcząt. Dla chłopców natomiast, tych Pięciu chłopców z ulicy Barskiej (aut. Piątka z ulicy Barskiej Kazimierza Koźniewskiego). Pamiętam, że te powieści miały u nas wzięcie. U nas, bo i ja to czytałem. Po drugie, miał on po kilka egzemplarzy. Jeśli wyczuł, że coś wzbudza więcej zainteresowania to miał po 2–3 egzemplarze. Miał je własne. Nie dochodził jednak długu, gdy ktoś nie oddał lub wyjechał. Ciągle kupował za własne pieniądze, a ciągle było mało.
Moglibyśmy, przy odrobinie zazdrości o pamięć pana Aleksandra, powątpiewać w jego niektóre słowa albo podejrzewać o megalomanię, gdyby nie to, że znajdujemy tekst zasłużonej dla Skierniewic obywatelki i pisarki Wiesławy Maciejak:
Dobrym duchem tej biblioteki był ksiądz Jerzy Miecznikowski – mój katecheta. Często można Go było tam spotkać i choć wymianą książek zajmowała się miła, starsza pani, to jednak ksiądz nieraz pomagał mi wybierać, doradzał, polecał coś ciekawego. Przynosiłam do domu powieści Sienkiewicza, Kraszewskiego, Rodziewiczówny i jeszcze wielu innych autorów, i natychmiast zagłębiałam się w lekturze. Nic nie mogło mnie od niej oderwać.
Należy jedynie wspomnieć, że pani Maciejak pisała o bibliotece parafialnej mieszczącej się przy ulicy Senatorskiej. Ksiądz Miecznikowski najpewniej dzielił swoje obowiązki i pasje między pobytem w kancelarii przy Senatorskiej a mieszkankiem przy Sienkiewicza. Jak twierdził Aleksander Główka, jego idol nie był popularny na plebanii, ale na rozwinięcie tego wątku nie starczy mi w artykule miejsca.
Bardzo ciekawym zagadnieniem poruszonym przez A. Główkę jest kwestia prężnego funkcjonowania czteroletniej „Handlówki”, o czym wspomniałem już powyżej. Szczególnie interesuje mnie kwestia nabycia umiejętności wojskowych młodych uczniów szkół średnich oraz formalna strona usankcjonowania wojskowych pagonów. Na potwierdzenie słów pana Aleksandra należy przywołać treść Rozporządzenia Ministra Spraw Wojskowych Józefa Piłsudskiego z dnia 5 czerwca 1934 r. o powszechnym obowiązku wojskowym wraz z wykazem szkół polskich podlegających ustanowionemu regulaminowi, którego paragraf pierwszy głosi:
Zakłady naukowe tudzież egzaminy, których ukończenie lub złożenie uprawnia do skróconej służby wojskowej w myśl art. 51 ustawy z dnia 23 maja 1924 r. o powszechnym obowiązku wojskowym są oznaczone w załączniku do niniejszego rozporządzenia.
i właśnie w nim, w wykazie szkół zawodowych znajdujemy „4-letnią Koedukacyjną Szkołę Handlową PMS” w Skierniewicach. Przytoczona treść nie ma skłaniać do omijania obowiązku służby wojskowej, co można byłoby zrozumieć przez odbycie nauki w szkole handlowej czy też gimnazjum. Słowa Aleksandra Główki o ułatwionym dzięki temu wstępie do podchorążówki, a także zamysł przyświecający aktowi prawnemu Piłsudskiego dowodzą jednoznacznie, iż był to asumpt do aktywnego uczestnictwa w przeszkolonych, a następnie pochodzących z zaciągu szeregach Wojska Polskiego. Warto przytoczyć słowa zasłużonego dla Skierniewic obywatela Kazimierza Figata o harcmistrzu, jakim był A. Główka i ludziach jemu podobnym:
Bez wchodzenia w sprawy polityki. Po prostu być człowiekiem, to był jego taki przykaz: BÓG — HONOR — OJCZYZNA. To zawsze było na ustach harcerzy. On opierał się na tych zasadach w obecności z harcerzami. Było różnie. Były takie momenty, kiedy ciągnęło go do partyzantki. Mówię to trochę w przenośni. Takich zwierzeń głębokich to ani z jednej ani z drugiej strony nie było. Trzeba się liczyć z tym, że wspólnym tematem byli ci, którzy tych czasów nie przeżyli albo ci, którzy się ewakuowali ze Skierniewic, bo chcieli mieć czystą kartę. Nie pamiętam takich zwierzeń. Wiem tylko, że brał udział w obstawie, jak Jurek z Kutna (umarł w Kutnie, napisał książki o Kutnie, o Skierniewicach, w Kutnie żył ostatnio), to ten, który zdejmował ten głośnik przed ratuszem i przestawił na Radio Polskie, że tak powiem. To są okropnie odległe czasy.
(...)
A. Główka opowiadał:
Miałem rozpoczęte 11 lat. W 1932 r., w dniu 18 września składałem przyrzeczenie harcerskie. (…) Przed samą wojną tam nie byłem, bo ja już wtedy byłem w Komendzie Hufca drużynowym Dwójki, tzn. Szkoły nr 2, to była 31 MDH „Mazowiecka Drużyna Harcerzy im. Jana III Sobieskiego.
Z pewnością dużą radością przepełniał Aleksandra Główkę fakt, że tradycje harcerskie i patriotyczne przetrwały z pokolenia na pokolenie. Andrzej Skrzat, który do dziś jest członkiem Koła Szarych Szeregów w Warszawie, to syn Józefa Skrzata, kapitana i bliskiego przyjaciela komendanta Blokusa. To oni prowadzili szkolenie junaków w regionie Skierniewic, a obozy PW Ruda i Rawa Mazowiecka to ich rejon.
Aleksander Główka szczególnie wyraźnie zapamiętał mjr. Piro. Przy tym wspomnieniu powraca także wątek kontynuowania rodzinnych tradycji żołnierskich:
On był w Garnizonie Mołodeczno. Był dowódcą działonu. Był tam oficerem. Pisze o nim kolega, którego ojciec też był w Mołodecznie. Ten list to nawet mam pod ręką. Można dowiedzieć się od Stasia Piry, a to był mój żołnierz z kolei. Takie były to losy. Synowie wojskowych to wszyscy byli w AK i w Szarych Szeregach. Jestem w posiadaniu listu bliskiego przyjaciela pana Piro. Piro przyjeżdżał do Blokusa bardziej towarzysko. Po pierwsze powiedziałbym, że była to miejscowość taka trochę letniskowa pod Skierniewicami, Rawka (aut. chodzi o rzekę), a poza tym Garnizon Skierniewice i 26. Dywizja zawsze zapewniały opiekę zdrowotną, szpital wojskowy był w Skierniewicach przecież, więc jak taki oficer wyjeżdżał z rodziną, miał zabezpieczoną opiekę zdrowotną.
(...)
Można sobie wyobrazić, jak duży wpływ przebywanie w obozach przysposobienia wojskowego wywierało na morale młodych ludzi, zwłaszcza chłopców mających w pamięci lata wojny, a w perspektywie szkolenie wojskowe. W wielu przypadkach posiadanie umiejętności strzeleckich, orientacji w terenie, radzenia sobie w trudnych warunkach okazywało się przydatne. Atmosfera obozów szkoleniowych, natchnione patriotyzmem spotkania przy ognisku, pełne rywalizacji i karności zdobywanie umiejętności wojskowych, służba w patrolu i obycie z karabinem dawały powód do dumy i głębokie poczucie bycia Polakiem. Kilkunastoletni chłopcy właśnie w ten sposób w dwudziestoleciu międzywojennym stawali się mężczyznami. Nierzadko autorytety i ideały wychowawcze wywodziły się z tamtych lat.
Aleksander Główka przeszedł swój etap szkolenia w Osowcu na Warmii.
Miał możliwość doskonałego porównania warunków panujących w dwóch różnych obozach przysposobienia wojskowego, w dwóch różnych regionach Polski. W obozie w Rudzie bywał ministrantem, skautem i po prostu mieszkańcem okolicy. W Osowcu był pełnoprawnym junakiem. Osowiec jako twierdza powstał w XIX w. Była to olbrzymia placówka carska — koszary wojskowe. W końcówce lat 30. XX w., w wyzwolonej Polsce była doskonałym miejscem ćwiczeń dla młodych polskich żołnierzy. Byli oni zakwaterowani pod Grajewem, ale do Osowca byli dowożeni, zarówno na ćwiczenia, jak i do pracy na rozbudowę fortecy. (…)
Możemy z całkowitą pewnością założyć, że tak jak Osowiec dla Białegostoku, Zambrowa i Grajewa, tak Ruda dla garnizonu skierniewickiego była miejscem sumiennego przygotowania składu pułków oraz skonsolidowania poczynań kadry kierowniczej w kwestiach szkolenia młodzieży.
Autor cytowanego artykułu precyzyjnie wskazał główne aspekty wychowawcze i szkoleniowe, które były zbieżne w całej Polsce. Mam na myśli umiejętności bojowe i sportowe dla tężyzny fizycznej, uroczystości patriotyczne oraz akcje charytatywne dla stanu ducha. Naszemu bohaterowi przyszło kształcić się w rejonie Podlasia, blisko Zambrowa, choć sam, z powodu jednej z kwater, lepiej zapamiętał Grajewo. Twierdza Osowiec była jedną z ważniejszych baz dla Korpusu Ochrony Pogranicza. Zagadką pozostaje dla nas, w jakich okolicznościach A. Główka znalazł się właśnie tam, czyli w bezpośrednim zapleczu kształcenia kadry podoficerskiej. Relacja naszego bohatera jest tym cenniejsza, że w literaturze fachowej nie znajdujemy wielu fragmentów poświęconych edukacji młodzieży w tym garnizonie. Zrządzeniem, które wywarło niebagatelny wpływ na losy pana Aleksandra, była decyzja o powrocie do Skierniewic jeszcze przed wybuchem wojny.
Należy przytoczyć wypowiedzi pana A. Główki na temat pobytu w Osowcu, komentując jednocześnie podobieństwo do kwestii programowych obowiązujących w Rudzie pod Skierniewicami:
To mogła być druga połowa roku 1937, czyli rok szkolny 1937/38 albo 1938/39. Obóz był położony na przedmieściu Osowca. Stamtąd 2–3 km, a być może więcej odbywaliśmy marsz, a czasem bieg. O szóstej rano mieliśmy pobudkę, śniadanie i wpół do ósmej wymarsz do roboty. Głównie pracowaliśmy przy murowaniu albo tynkowaniu (…).
W Rudzie namioty noclegowe były położone bezpośrednio obok strzelnic, boisk i terenów szkoleniowych, a ewentualna praca to pomoc rolnikom w okolicznych wioskach.
(…) Pracowaliśmy na rzecz twierdzy. My pracowaliśmy w sile kompanii, bo były trzy plutony, ale plutony trochę zmniejszone, nie takie jak w jednostkach. Pracowaliśmy na zmiany, nie bez przerwy. Jedna zmiana wykonywała budowlane czynności. Druga zmiana była wojskowa, a trzecia trochę rozrywkowa. Wydaje mi się, że pracowaliśmy po 6 godzin.
Tu można dostrzec zasadniczą różnicę dotyczącą wykorzystania przynależności i położenia obozów. Rejon Osowca to bliskość pogranicza. Rejon Skierniewic to głębsze naówczas zaplecze kadrowe. W Osowcu
odbywały się zajęcia o charakterze przysposobienia wojskowego, raczej praktyczne. Dużo strzelania, poza tym podchody, ćwiczenia czujki, ćwiczenia straży przedniej, straży tylnej. Teoria od razu była podpierana ćwiczeniami praktycznymi w terenie. Z punktu widzenia pedagogicznego, bo za pedagoga mogę teraz się uważać, mając uprawnienia, mogę powiedzieć, że były to zajęcia pedagogiczno-wojskowo-obronne.
To cała kwintesencja szkolenia. Tak należy sobie wyobrażać fundamentalne cele powoływania do życia obozów przysposobienia wojskowego.
Sprawność, celność strzału i wykształcenie miały dobrze świadczyć o młodym junaku, już niebawem szeregowcu. Po takich spostrzeżeniach zadałem A. Główce zasadnicze i najistotniejsze w wywiadzie pytanie: czy młodzieniec po odbyciu przysposobienia był w stanie walczyć w regularnej wojnie?
Uzyskałem na nie krótką odpowiedź:
Mógł po przeszkoleniu tygodniowym lub dwutygodniowym zająć stanowisko bojowe, funkcję w wojsku,
a więc mógł już być dowódcą drużyny. Metodycznie kształcenie było to bardzo dobrze zorganizowane.
Młodzi chłopcy w latach 30. XX wieku stawiali sobie za honor noszenie broni i umiejętność sprawnego posługiwania się nią. Nie była to kwestia brawury i nadmiernej zapalczywości. To była sprawa dumy, godności i odpowiedzialności. Wyposażenie obozów szkoleniowych w broń było różne.
W tych położonych bliżej pogranicza znajdowała się ona w podręcznych magazynach. W centralnej Polsce nierzadko była to imitacja działań bojowych jeszcze w latach 30. Mam na myśli fakt, że nie każdy junak trzymał broń w ręku. Zarówno z wypowiedzi A. Główki, jak i ze stanu faktycznego należy jednakże sądzić, że junak w Osowcu to już niemalże przygotowany do boju żołnierz natomiast junak w Rudzie to przeszkolony w postawie obywatelskiej i sprawności terenowej młodzieniec aspirujący do zadań bojowych.
W Osowcu broń była w magazynie zawsze. Nie każdy junak dostawał do ręki pistolet lub karabin. Jak jeden pluton miał, to inne dwa ćwiczyły bez broni coś innego. Tak, karabiny Lebela i Grasa francuskie. Wymieniam ich nazwę, gdyż to były karabiny z I wojny światowej, francuskie, ale najnowocześniejsze wówczas. Tutaj na obozie w Rudzie nie było takich ćwiczeń, że każdy miał karabin. Nie było tyle karabinów przydzielonych do szkolenia. Przypuszczam, że były dla jednego plutonu. Ten pluton zawsze ćwiczył atak czy obronę, czy ogień.
W sierpniu 1939 r. na stanie Wojska Polskiego znajdowało się 145 tysięcy przestarzałych karabinów Lebel wz. 1886. Wydaje się wątpliwe natomiast, by Gras wz. 1874 został użyty w wojnie obronnej. Francuzi w latach 1919–1920 dostarczyli Polsce do kilkunastu tysięcy sztuk tej broni.
O ile w 1920 r. karabin trafiał do wojsk taborowych, służb saperskich i wartowniczych, to pięć lat później już tylko do formacji pomocniczych, jak oddziały policyjne, więzienne i leśne. Tuż przed II wojną już tylko kilkaset sztuk pozostało w magazynach w Gdyni. Skoro do takiej broni przywykł młody poborowy, to nie miał idealnej zaprawy w boju. Jednakże, jak poświadczają słowa wielu kombatantów, istotą było obycie się z bronią i odwaga oraz podstawowa umiejętność posługiwania się nią. Nieodzownym elementem obozów przysposobienia wojskowego była wszakże strzelnica. Zarówno ta zaprojektowana w murach twierdzy, jak i polowa w Rudzie, zorganizowana gdzieś między lasem a rzeką, w tym samym stopniu pełniły swoją funkcję.
Można by wiele jeszcze napisać o szkoleniu, ćwiczeniach, usytuowaniu obozów, życiu obozowym, symbolach, masztach, trębaczach…, lecz to temat na odrębny artykuł. Należy pamiętać, że ukształtowała się grupa rekrutów, która nie uczestniczyła w obozach szkoleniowych, ale miała styczność z bronią.
Broń im nie była wydawana do domów. Tylko wyłącznie instruktor u siebie miał, oddolnie. Potem każdy tylko obejrzał, „zarygluj” „odkurz” „wyrzuć” to przećwiczył, a tak to pobieraliśmy z punktu.
Jako „punkt poboru” należy rozumieć zakonspirowane miejsca, choćby prywatne kwatery.
Czas na ciekawostkę. Otóż nie tylko spryt i odwaga wiodły prym wśród żołnierskiej młodzieży. Równie ważna była spostrzegawczość.
Pamiętam dużo. Mam taki zmysł z rejestracją, jak ja to nazywam. Na czym to wyćwiczyłem? Ćwiczyłem w harcerstwie na tak zwanego Kima. Rozkłada pan 19, najwyżej 25 przedmiotów. Zasłonięte są. Wchodzi pan, siada, odsłaniają, a pan patrzy dwie minuty, co i gdzie jest ułożone. Po dwóch minutach wychodzi pan. Przy następnym stanowisku odpowiada pan, co się zmieniło. Dodają, pozmieniają, odejmują coś i odpowiada pan jeszcze raz.
Kim — to raczej gra harcerska, zresztą oparta na skautingowych pomysłach Badena-Powella. Równie dobrze można by ją stosować w każdym, również niewojennym, pokoleniu. Świetnie kształtowała zmysł orientacji, umiejętność zapamiętywania i szybkość reakcji.
Młodzieńcy i junacy uczący się w ostatnich miesiącach przed wybuchem II wojny światowej odczuli w sposób szczególny ciężar obowiązku. Wojna zastała ich w różnych okolicznościach, w różnej dyspozycji. Byli tacy, którzy poszli na pierwszy ogień. Byli też tacy, którzy dość szybko zeszli do podziemia. Jak wielu było nastolatków, zarówno chłopców, jak i dziewcząt, którzy wiekiem nie przystawali do poważnych zadań bojowych, a jednak gotowi byli, by bić okupanta. Oto, w jaki sposób widział to Aleksander Główka, który był tuż po przeszkoleniu wojskowym.
Mieszkałem w Skierniewicach, czyli wybuch wojny zastał mnie w Skierniewicach. Spotkał mnie na patrolach policyjno-harcersko-strażackich. Były takie trzyosobowe patrole, a ja byłem komendantem pogotowia harcerskiego wojennego od 16 sierpnia. W czasie okupacji ukończyłem podchorążówkę. Szkołę podchorążych w Skierniewicach, a następnie w Pszczelinie pod Pruszkowem. Moja klasa miała imię EWA, pseudonim, tych pseudonimów było wiele. Ukończyłem ją jako kapral podchorąży. Zajęcia w Skierniewicach odbywały się przeważnie w Bila albo w lesie Pamiętna.
W Pszczelinie koło Brwinowa funkcjonowała szkoła rolnicza, a wśród jej uczniów znajdowali się późniejsi uznani oficerowie, jak choćby kapitan Jan Guderski. Melchior Wańkowicz w swoim Zielu na kraterze wspominał o Uniwersytecie Ludowym
w Pszczelinie. To tam, jak wszystko na to wskazuje, panowały dobre warunki, aby w konspiracji kształcić podchorążych, do grona których A. Główka również należał. Pamiętajmy jednak, że Skierniewice i region skierniewicki, nie były daleko od śmiałych poczynań podziemia.
Pan A. Główka nie udzielił jasnej odpowiedzi, ale oczywiste jest, że zarówno nauka teoretyczna, jak i praktyczna odbywały się w ukryciu. Tajna Organizacja Nauczania w Skierniewicach i całym powiecie była jak inne komórki w kraju. Główka miał ścisłe związki z Puszczą Mariańską. Tam działał w strukturach Armii Krajowej, tam znał środowisko patriotyczne młodzieży i zapewne bliski był mu wówczas intelektualizm regionu za sprawą mecenasów kultury przybyłych z zewnątrz i osiadłych w Olszance. TON współdziałała z powiatową Komisją Oświaty i Kultury. Ta z kolei dbała o: antypropagandowe działania w stosunku do literatury i prasy niemieckiej, kolportowanie prasy podziemnej, rozwój czytelnictwa polskiej literatury wśród dzieci i młodzieży, ochronę map Polski i dzieł sztuki. Wskazując konkretne przykłady, to choćby kolportowanie komentarza „Nasz Sternik” wydawanego przez TON w Skierniewicach. A. Główka sam świadczył najlepiej, o czym była mowa:
Bardzo dużo wiedziałem o organizacyjnych sprawach naszego batalionu ze względu na to, że mnie podlegała łączność, nie łączność w zakresie plutonu czy kompanii. Podlegała mi np. prasa, kolportaż prasy, nasłuchy i przenoszenie rozkazów.
Nasuwa nam się nieodłączna refleksja, że młodzi adepci wojskowości stawiali zdecydowanie na wszechstronność. Taka była potrzeba chwili oraz gotowość młodych żołnierzy na zdobycie jak największych kompetencji. Tak naprawdę był to sposób na przetrwanie. Nie byłoby jednak czynu polskiego żołnierza, gdyby nie kadra nauczycielska. Wywodziła się z najlepszych praktyków. A. Główka wymienił tylko kilku, ale właśnie to oni pokazali, jak rodziły się wzorce wielkich nauczycieli oraz oficerów-bohaterów. Wielu z nich dojeżdżało do Skierniewic z Warszawy oraz innych daleko położonych miejscowości. „Wiedziałem o Jakubowskim”. Prawdopodobnie chodzi o członka Komisji Książek i Pomocy Szkolnych przy ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego — profesora historii powszechnej Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie. Mógł to być jednakże Bolesław Jakubowski, dyrektor gimnazjum państwowego w Pruszkowie działającego od 1921 r. Inna z możliwości, niewykluczone, że najbardziej wiarygodna, dotyczy porucznika Jakubowskiego, który pracował również jako nauczyciel w Szkole Podstawowej Nr 1 w Skierniewicach. Wiadomość tę pozyskałem od jednego z mieszkańców obozu w Rudzie, pana Kucikowicza.
„Przedewszystkim Przybyszewski, starszy sierżant. Szkolił nas w zakresie poznawania broni. Z Warszawy dojeżdżał porucznik Kowalski. Szkolił nas w zakresie pionierki”.
Kowalski, pseudonim „Korab”, to przykład wiernego działacza i żołnierza podziemia. Urodzony w 1914 r., walczył na Pradze i w latach II wojny światowej należał do Korpusu Bezpieczeństwa przy Delegaturze Rządu na Kraj.
Mieliśmy własnych instruktorów. Był Koza Kozicki. On szkolił nas w zakresie mapy, poruszania się w terenie itd. I Dudziński Tadeusz. Tadeusz Dudziński szkolił nas w zakresie łączności. Dudziński był kapralem, kiedy wybuchła wojna. Dudziński grał w orkiestrze.
Stanisław Kozicki oraz Dudziński na trwałe weszli do panteonu skierniewickich bohaterów. Ich sława znana jest w całym kraju, jednakże głównie z dokonań na szlakach bojowych. Tymczasem A. Główka uzmysłowił nam, że sława ta miała swoje źródło w pracy z młodzieżą. Kozicki znany w Skierniewicach jako Koza, posługiwał się w swojej konspiracyjnej karierze pseudonimem „Howerla”. Urodził się w 1918 r. w Radomiu. Od 1941 r. po tragicznych dla swojej rodziny wydarzeniach zajął się aktywną pracą w podziemiu. Ścieżkę do Skierniewic przebył od Bytomia przez Łódź. Potwierdzenie zaangażowania w kolportowanie tajnej prasy, przenoszenie broni, nasłuch radiowy to fakt, że był Komendantem Wydziału Grup Szturmowych Szarych Szeregów Chorągwi Mazowieckiej. Będąc wcześniej aktywnym uczestnikiem szlaku Batalionu „Zośka”, poległ bohatersko 22 sierpnia 1944 r. na stadionie Polonii w Warszawie. W Powstaniu Warszawskim dowodził 1. plutonem 3. kompanii Giewonta29. Główka podobnie jak Kozicki został harcmistrzem.
Mimo że Koza, ledwie trzy lata starszy od podwładnego, opracował model sprawnego budowania obozowisk harcerskich, z którego pan Aleksander później wielokrotnie korzystał w pracy z młodzieżą. Tadeusz Zawieja Dudziński, pochowany w Skierniewicach po bohaterskiej śmierci 10 września 1944 r., zasłynął brawurowymi akcjami. Podporucznik AK, dowódca Rejonu w Obszarze Warszawskim w Sochaczewskim Obwodzie Skowronek, urodzony w 1912 r., musiał być prawdziwym autorytetem dla szaroszeregowców młodszych o kilka i kilkanaście lat. W czerwcu 1944 r. był dowódcą akcji zbierania elementów rozbitej rakiety V1 w rejonie miejscowości Rokicin i Budy. Ten doświadczony żołnierz był ważnym ogniwem w wojskowej edukacji mojego rozmówcy, wszakże połączyła ich specjalność łącznościowa.
„Był też Kałwak. Był to właściciel paru samochodów. On zajmował się transportem, a nawet taksówkę miał. On nas szkolił w zakresie kierowania pojazdami”.
To niezwykle cenna wiedza dla rodzin tychże patriotów, które dzięki informacjom zachowanym w pamięci takich osób jak harcmistrz dowiadują się, że pracowali dla Ojczyzny z wykorzystaniem takich środków, jakie posiadali.
Aleksander Główka był nauczycielem ekonomii i księgowości. Do 1964 r. pracował w skierniewickiej Handlówce. Następnie przeniósł się do Zgierza, gdzie pełnił funkcję dyrektora Technicznej Szkoły Ekonomicznej. Naszemu bohaterowi nie brakowało humoru. Oto jak opowiada o swoim poprzedniku:
„Wie pan, tam był dyrektor partyjny. Jeśli chodzi o niego, to już partia miała go dosyć, bo on zamiast być w szkole, to lubił być w kawiarni”.
A. Główka był czynnym działaczem regionalnego PTTK. W 1973 r. wypadek samochodowy wstrzymał jego karierę zawodową.
Niebagatelną rolę w życiu pana Aleksandra odegrała organizacja obozów harcerskich. Były bez wątpienia wyjątkowe, bo przesycone wychowaniem patriotycznym. Jak mówił pan Kazimierz Figat:
ciągnęło go do partyzantki. Po wojnie oznaczało to ćwiczenia terenowe. To było wtedy w modzie. Aczkolwiek „zdobycze powojenne” sprawiały, że co czwarty uczestnik mógł mieć styczność z bronią.
Między obydwoma panami nawiązała się zażyłość.
Absolutnie tak. On mi ufał bezgranicznie, jeżeli chodzi właśnie o rozmowy polityczne to wtedy się zaczynały. Ja go poznałem z zupełnie innej strony, jak innych którzy w tym czasie tutaj funkcjonowali, z którymi ja miałem kontakty. On widział we mnie kogoś, komu mógł powierzyć organizację ogniska, mimo że tam byli dorośli faceci. Jak to się stało, że kiedy nie byłem chętnie widziany w niektórych towarzystwach, to Olek pierwszy odważył się sięgnąć po mnie i mówi: „Kaziu, będziesz moim zastępcą na obozie harcerskim?”.
Wspomnienia z obozów harcerskich, podczas których Aleksander Główka był harcmistrzem i instruktorem, a Kazimierz Figat dopiero początkującym harcerzem, mają swój urok i zasługują na oddzielne strony. Wyczuwa się w nich charakter czasów powojennych, ale też niezmiennie naukę samodzielności i dyscypliny wpajanej młodzieży. Obozy organizowano daleko od domów, np. w Łebie lub Ustce. Organizowano też na lokalnym podwórku, bo choćby w Samicach. Obowiązywał zawsze ten sam regulamin. Był powiązany z musztrą, patrolami, wartami, nauką życia obozowego. Jednym tchem, obok Główki, pan Figat wymienia Tadeusza Szafrańskiego i Jerzego Hummela.
Jak się okazało, takich nazwisk, powiązanych z Technikum Mechanicznym w Skierniewicach, można by wskazać jeszcze więcej. Nie należy dziwić się, że A. Główka był świetnym organizatorem, skoro swój pierwszy obóz przygotował w Głuchowie dla 30 chłopców już w lipcu 1939 r., jako niepełnoletni harcerz. W opracowaniu Życie to moja przygoda można znaleźć wiele ciekawych faktów z działalności konspiracyjnej i partyzanckiej młodzieży w rejonie Skierniewic, Dąbrowic czy też Puszczy Mariańskiej. Okres powojenny to trudne czasy na organizację życia harcerskiego. Wspominam o tym, ponieważ w kwestiach ideologicznych należało zachować szczególną ostrożność, a przecież na ziemiach polskich doskwierały wpływy radzieckie, natomiast obecność niemiecka wciąż była żywa.
Wtedy było nas 112, teraz jest 63.
Tak major Aleksander Główka określił aktywność szaroszeregowców w regionie skierniewickim po II wojnie światowej. Sześćdziesięciu wciąż żyło na przełomie stuleci.
Nasz bohater odszedł już na wieczną wartę. Zmarł 26 czerwca 2018 r. Dziś kontynuator jego idei, pan Kazimierz Figat, mógłby doliczyć się 10, może 12 żyjących osób zaangażowanych głównie w powojenną konspirację, lecz pamiętających akcje podziemia wojennego. Stając wobec wyzwań i kryzysów narodowościowych współczesnego świata, nieoczekiwanie zostajemy postawieni przed reasumpcją bagażu odwagi i dojrzałości młodych ludzi XX w., którzy najpierw kształtowali swój charakter z bronią w ręku, a następnie hasłem „Czuwaj” kultywowali piękne, mundurowe tradycje.
Tekst zawiera fragmenty opracowania pt.:
Więcej informacji o opisanej osobie wraz ze spisem źródeł znajduję się w powyższym dokumencie.