Wróć do listy Biografii Skierniewiczan

Jestem dumny

Źródła bibliograficzne:

10 sierpnia 2026

Pabijanek Franciszek

Franciszek Pabijanek — życie wierszem podszyte

Myślę wciąż o tym

I dążę do tego

Aby mnie poznali ludzie

Chociaż miasta mego

(Dążenie, fragm., F. Pabijanek)

 

 

Franciszek Pabijanek urodził się 10 sierpnia 1914 r. w Kalenicach, gmina Łyszkowice, parafia Pszczonów jako syn rolnika Pawła Pabijanka i Marianny z d. Pokora. Pochodził z wielodzietnej rodziny, jego rodzeństwem byli: Stanisław, Helena, Bronisława, Edward, Jerzy i Henryk.

Gdym urodził się w mozole

Znak zrobiono mi na czole.

Orzeł biały godło Twoje

Objaśniono później w szkole

(Rok 1914, fragm., F. Pabijanek)

 

W 1933 r. Franciszek ukończył 7-klasową szkołę powszechną w Łyszkowicach, jednocześnie pomagał rodzicom, pracując na gospodarstwie. W wieku 21 lat (styczeń 1935 r.) został powołany do służby wojskowej, początkowo w 8. kompanii strzelców w 18. pp w Skierniewicach. Stamtąd po trzech miesiącach skierowano go do szkoły podoficerskiej KOP (Korpus Ochrony Pogranicza) w Starej Wilejce na Wileńszczyźnie, którą ukończył we wrześniu 1935 r., uzyskując awans na starszego strzelca. Przydzielono go do służby w batalionie KOP „Krasne”, gdzie był zastępcą dowódcy drużyny i uzyskał awans na kaprala. Do rezerwy przeszedł we wrześniu 1936 roku.

O Kalenice

Wiosko rodzinna moja

Gdzie bosą stopą

Biegałem przez pola

A po chabry

I kąkole

Biegałem ścieżką

Daleko w pole

Na polnych miedzach,

Między zbożami

Zrywałem macierzankę

Całymi rękami

(Młodość, fragm., F. Pabijanek)

 

Po powrocie z wojska rozpoczął praktyki czeladnicze i pracował dorywczo jako krawiec męski w Łyszkowicach u Jana Sicińskiego (od 1936 r. do marca 1938 r. i później kwiecień–czerwiec 1938 r.), w Łodzi, w firmie Jana Sadoskiego (marzec–kwiecień 1938 r.) oraz u Jana Stawnickiego w Bielawach Kościelnych (czerwiec 1938–luty 1939).

W czasie mobilizacji marcowej Franciszek Pabijanek został powołany pod broń do służby w stacjonującym w Łowiczu 10. pp (dowódca płk Marian Krudowski). Jako kapral został najpierw dowódcą drużyny w 3. kompanii, a później był zastępcą dowódcy plutonu trzeciego, którego dowódcą był ppor. Nowakowski. Wszystko to w ramach funkcjonowania 3. batalionu, który skoszarowany został w łowickich szkołach, później przemieścił się do wsi Niedźwiada, a następnie w rejon Dzierzgowa, przygotowując się do transportu kolejowego.

Cały 10. pp (w ramach 26. DP, w składzie Armii „Poznań”) na początku lipca 1939 r. został przemieszczony na teren Wielkopolski w rejon Kcyni i Wągrowca, ok. 220 km od Łowicza. Tam pododdziały pułku obsadziły stanowiska obronne usytuowane na zachód od Gołańczy. Franciszek wraz z innymi żołnierzami nad Notecią kopał rowy strzeleckie i przeciwczołgowe. W sierpniu otrzymał awans na plutonowego.

Przez pierwsze dni wojny 10. pułk pozostawał na linii obrony nie niepokojony przez nieprzyjaciela. W nocy z 3 na 4 września polskie oddziały bez walki opuściły przygotowane do obrony stanowiska i przegrupowały się na pozycję w rejonie Żnina.

Franciszek Pabijanek wspominał:

„Gdy nastąpił odwrót naszych wojsk, gdzieś koło Bydgoszczy zostaliśmy rozbici przez podjazdy niemieckie i miejscową partyzantkę niemiecką. Po sformowaniu się naszych oddziałów, przyszliśmy do Suchodębu koło Kutna. Z tej miejscowości przewieziono nas samochodami do Łowicza”.

To spod Łowicza 14 września po godzinie ósmej rano ruszyło wielkie natarcie grupy operacyjnej gen. Mikołaja Bołtucia. W ramach tej akcji, aby osłonić odwrót Armii „Poznań” na Warszawę, trzy dywizje piechoty (4. DP, 16. DP i 26. DP) atakowały w kierunku południowym — na Skierniewice. Dwa bataliony 10. pułku kierowały się na Nieborów i Bolimów, by po kilku godzinach walki zająć m.in. Mysłaków, Bednary i Sierzchów. Trzeci baon, w którym służył Franciszek Pabijanek, początkowo pozostawał w odwodzie. Ale kiedy gen. Władysław Bortnowski nakazał zaprzestanie akcji i odwrót (zwiad lotniczy zauważył pod Sochaczewem niemieckie czołgi), to właśnie III baon organizował pozycje obronne na linii Bzury pod Kompiną i Gągolinem. Dwa dni później (16 września), w ramach grupy operacyjnej gen. Edmunda Knolla-Kownackiego, trzeci batalion 10. pp wziął udział w ataku w rejonie Gągolina i Kozłowa Szlacheckiego.

Po początkowym zdobyciu Nowego Kozłowa Szlacheckiego batalion zaatakowany został przez niemieckie czołgi, ostrzelany ogniem artylerii i uwikłany w ciężkie walki obronne. Tego dnia zginął dowódca batalionu mjr Zygmunt Roszkowski, a oddział poniósł duże straty. W nocy batalion wycofywał się na Młodzieszyn i dalej do przepraw przez Bzurę, ale w rejonie Witkowic oddział został rozproszony przez niemieckie jednostki pancerne. Resztki baonu mimo wszystko próbowały wydostać się z okrążenia, ale część została rozbita w lasach pod Giżycami, a część skapitulowała w Radziwiłce.

Franciszek wspominał wojnę zawsze ze ściśniętym gardłem. Na zawsze zapamiętał przerażający obraz konia galopującego podczas bitwy bez łba i świst kul, które przeszywały powietrze przy jego głowie.

„Strzelałem do ludzi — mówił, a łzy napływały do jego oczu — ale nie chciałem wiedzieć, czy moje kule kogoś dosięgły. «Człowiek strzela, ale Pan Bóg kule nosi». A jednak śmierć była wkoło. Gdy po walce znaleźli ciało niemieckiego żołnierza z krzyżykiem na szyi — z poszanowaniem pochowali go po katolicku”

O wrześniowych walkach Franciszek Pabijanek zanotował później w oficjalnym życiorysie:

„Tu w rejonie Kompina i Gągolin stoczyliśmy ciężkie boje. Nastąpiło wycofywanie się w kierunku Warszawy, niestety niemieckie lekkie tankietki odcięły nasze końcowe oddziały i okrążyły. Nazwy wioski nie pamiętam. Wiem tylko, że w wiosce tej był wiatrak, a za wsią tory wąskotorowe. Tu złożyliśmy broń, przyprowadzono nas do Łowicza do koszar na Blichu”.

 

Byłem żołnierzem Wojska Polskiego

Pamiętam te chwile roku wrześniowego

Siedząc w okopach, wiedziałem, że będzie coś złego

Dla mnie, rodziny i kraju całego

Wtedy to piękne tanga w Polsce grali

A Niemcy potężne czołgi budowali

Ostrzegali robotnicy panów szczebla wyższego

Aby szukać pomocy u kraju wschodniego

Aż tu pięknego poranka Noteć zaszumiała

Gdy hordy niemieckie nad wodą ujrzała

Lekka broń żołnierza polskiego

Nie wytrzymała naporu szturmu stalowego

Pomiędzy żołnierzami rozchodziła się wieść

Żołnierze się bronią, oficer zniknął gdzieś.

(Wspomnienie, fragm., F. Pabijanek)

 

Z Łowicza Niemcy wysyłali stopniowo polskich jeńców do obozów na terenie Rzeszy. W końcu w mieście została tylko około 140-osobowa grupa przeznaczona do różnych robót. Po kapitulacji Warszawy i Modlina do Łowicza ponownie trafiła większa grupa polskich jeńców. Niebędącym oficerami żołnierzom z tej grupy za sprawą porozumień kapitulacyjnych wręczano przepustki i ostatecznie zwalniano do domów. Franciszkowi, który bardzo chciał wrócić do rodziny w Kalenicach, dzięki zaradności i bystrości udało się zdobyć taką przepustkę. Był wolny.

W 1941 r. wziął ślub z Heleną Lipińską (ur. 30 grudnia 1921 r.), zamieszkał w Pszczonowie u rodziców Heleny. Wkrótce małżonkom urodził się syn Marian, ale zmarł po kilku miesiącach. Podobnie stało się z córką Zofią. Dopiero 26 sierpnia 1944 r. ku wielkiej radości rodziców urodziło się następne dziecko — syn Włodzimierz, który tym razem cieszył się dobrym zdrowiem. Małego Włodka rodzice chowali w obawie przed Niemcami w żłobie, w stajni.

W czasie okupacji w domu Lipińskich kwaterowało dwóch Niemców. Któregoś dnia wdzięczny za dobroć Lipińskich i z tęsknoty za swoją rodziną niemiecki młody żołnierz padł na kolana przed babcią Lipińską (matką Heleny), uścisnął ją i powiedział — „Ty jesteś Matka”. Widząc to, drugi Niemiec wściekł się — dostawił mu pistolet do głowy i groził, że go zastrzeli. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a kiedy okupanci uciekali przed frontem wschodnim, dobry Niemiec w podziękowaniu pozostawił Pabijankom drobne dowody wdzięczności: buty oficerki dla Franciszka, a Helenie maszynkę do mielenia mięsa.

Kiedy Niemcy wycofywali się na zachód, Franciszek trochę nieroztropnie poszedł z kolegą na polowanie na zające. Widok dwóch ludzi idących z bronią polami zelektryzował jadącą drogą niemiecką kolumnę wojskową. Niemcy posłali kilka serii w kierunku Polaków. Chłopaki popadali na ziemię i leżąc jak trusie modlili się, żeby nikt nie ruszył w ich kierunku. Na szczęście Niemcom szkoda było czasu na ściganie podejrzanych, sami musieli uciekać przed wojskiem sowieckim. O okresie okupacji Franciszek Pabijanek zapisał później w swoim życiorysie:

„Byłem wtajemniczony w ruchy partyzanckie pod dowództwem Borowskiego z Chlebowa i Foksa z Kalenic, i pomagałem im. Chciałem się do nich zaciągnąć na stałe, ale że byłem żonaty i miałem małe dziecko, więc odmówiono mi”.

W czasie wojny zginęło wielu mieszkańców wioski, w której mieszkał Franciszek. Oprócz Polaków ofiarami Niemców byli też Żydzi. Wielu sąsiadów nie miało szansy na przeżycie tylko dlatego, że byli innego wyznania.

Kiedy przyszli sowieci, jakiś nadgorliwy żołnierz chcąc bratać się z Polakami, częstował rocznego Włodka „zdobytym”, gdzieś na trasie ich marszu na Berlin, likierem wiśniowym. Ze stacjonującymi sowieckimi żołnierzami Franciszek zaprzyjaźnił się i razem chodzili z pepeszami na polowanie na zające. Pytany po latach o poznanych w czasie wojny Niemców i Rosjan mówił:

„to tylko ludzie, dobrzy ludzie, tylko czasy były niedobre”.

Gdy zakończyła się wojna, w maju 1945 r. Franciszek Pabijanek podjął pracę w PKP i przeniósł się wraz z rodziną do Skierniewic, wynajmując początkowo mieszkanie na ul. Makowskiej. Potem w 1948 r. kupił działkę przy ul. Zwierzynieckiej i rok później pobudował dom. W Skierniewicach małżeństwu Pabijankom urodziły się kolejne dzieci: Józef (ur. 7 marzec 1947 r.) i Wanda (ur. 1 marca 1949 r.).

Franciszek pracował na kolei, najpierw jako hamulcowy, potem konduktor, wreszcie jako kierownik pociągu. W tym czasie Helena zajmowała się głównie dziećmi i domem oraz przydomowym inwentarzem i ogródkiem. Kiedy dzieci podrosły, w miarę możliwości dorabiała do budżetu domowego różnymi pracami dorywczymi, m.in. w Hucie Szkła w Skierniewicach. W trudnych latach PRL-u Franciszek, aby utrzymać rodzinę, dorabiał krawiectwem, szył ubrania i wykonywał poprawki. Miał zresztą wszechstronne zdolności manualne (ciesielskie, stolarskie, murarskie i ślusarskie), które z powodzeniem wykorzystywał w różnych pracach. W PKP Franciszek przepracował do emerytury, do 1974 r.

Lubił wspominać trudne i niebezpieczne czasy, dając lekcje historii słuchającym dzieciom i wnukom. Opowiadał wtedy o Katyniu i zesłaniach na Sybir. Potajemnie w tym czasie słuchał wieści z Radia Wolna Europa i przekazywał je innym. Doczekał się siedmiorga wnucząt i jedenaściorga prawnucząt.

Franciszek Pabijanek zmarł 4 maja 2010 r. w wieku 96 lat i został pochowany na cmentarzu przy ul. Strobowskiej w Skierniewicach. Siedem lat wcześniej, 21 lipca 2003 r. zmarła Helena.

W pamiątkach rodzinnych pozostały odznaczenia Franciszka — medal „Za udział w wojnie obronnej 1939”, medal „Zwycięstwa i Wolności 1945”, a także jego wiersze spisane w grubym brulionie.

Tekst zawiera fragmenty opracowania pt.:

ZWYCZAJNI ŻOŁNIERZE WRZEŚNIA’39 — JULIAN NOWAK, FRANCISZEK PABIJANEK - Szymon Nowak

 

Więcej informacji o opisanej osobie wraz ze spisem źródeł znajduje się w powyższym dokumencie.

Informacje

Copyright 2022

Muzeum Historyczne Skierniewic

 

Projekt i wdrożenie: Przemysław Sarzyński