Wróć do listy Biografii Skierniewiczan

Jestem dumny

Źródła bibliograficzne:

23 lipca 2026

Majkowska (Kurek) Helena

Helena Majkowska z d. Kurek urodziła się 18 sierpnia 1926 r. w Rogowie, powiat Sokołów Podlaski w rodzinie Jana Kurka i Marianny z d. Kukwa. Miała dwóch braci: starszego Mieczysława i młodszego Jerzego (ur. 1928 r.) oraz młodszą siostrę Irenę (ur. 1930 r. w Skierniewicach). W 1930 r. rodzina Kurków przeprowadziła się i zamieszkała w Skierniewicach przy ul. Mickiewicza pod numerem 36, tuż przy torach kolejowych prowadzących w stronę Warszawy. W Skierniewicach Helena ukończyła szkołę powszechną.

Kiedy 1 września 1939 r. Niemcy zaatakowały Polskę, bojąc się o życie najbliższych Marianna z dziećmi opuściła miasto i przeniosła się do znajomych mieszkających na „Czerwonce”, bliżej lasu. Po wejściu Niemców rodzina Kurków wróciła do mieszkania przy ul. Mickiewicza. Niestety w początkowym okresie okupacji Marianna Kurek ciężko zachorowała na zapalenie płuc, a następnie na gruźlicę. Zmarła w 1941 r. w wieku 48 lat. Wkrótce Jan Kurek ożenił się po raz drugi, ale macocha nie była zbyt łaskawa dla jego dzieci z pierwszego małżeństwa. Ojciec z nową żoną zamieszkał przy ul. Św. Stanisława numer 7, a jego dzieci pozostawały w starym mieszkaniu przy ul. Mickiewicza. Najmłodszymi dziećmi musiała opiekować się ciocia. Donosiła im jedzenie na niedziele i święta. Ale to nie wystarczało i rodzeństwo często cierpiało głód i niedostatek. Zdarzało się, że dzieci same musiały zdobywać pożywienie.

Helena Majkowska wspominała:

Mieszkaliśmy koło torów, bo tam teraz już nie ma tych domów, tam są już tory założone. (…) Ulica Mickiewicza, Baudienst, takie Niemcy pracowali na torach i mieli kucharki niemieckie tak samo. (…) Oni gotowali obiady dla tych Niemców, ale zawsze im w kotle zostawało. Więc oni, cała Mickiewicza ulica przychodziła z garnkiem i oni zawsze tę łychę, taką litrową zupy każdemu dawali.

Na początku 1941 r., rozpoczęła działalność konspiracyjną. Ona sama tak wspominała to wydarzenie:

1 lutego 1941 roku, nie mając jeszcze piętnastu lat, poszłam do konspiracji w Skierniewicach. (…) to był przypadek, bo jechała taka pani, miała broń na wozie, karabiny, i ja szłam (już nie pamiętam, czy to była Rawska ulica, czy to była Mszczonowska ulica, może Rawska, oni mieli tam swój domek) i ta pani mówi do mnie: „Chodź, dziecko, pomożesz mi w sprawach konspiracyjnych”. No to wsiadłam z nią do wozu, bo ona jechała tym wozem z koniem, pojechałam do jej domu i tam faktycznie zostałam u niej, ona mnie zaangażowała do tej konspiracji. Tam byłam pod dowództwem „Dębicza” z całą konspiracją. Później pomagałam jej, ona miała pseudo „Arbuz”, pomagałam jej w opatrywaniu rannych, przynosiłam broń małokalibrową, granaty, później gazetki. To, co ona mi kazała zrobić, to zawsze to robiłam.

Zuzanna Melon Lewandowska wspominała współpracę z Heleną Kurek:

Pracowała ze mną – pomagała mi jako łączniczka przy przenoszeniu broni, poczty i gazetek w AK w Skierniewicach pod dowództwem pseudo „Dębicz” w czasie od lutego 1941 r. do lutego 1942 r. jako młoda dziewczyna z pełnym oddaniem się sprawie. Wiadomym mi jest również, że brała (…) później czynny udział w powstaniu w Warszawie

Niedługo potem Niemcy wysiedlili Helenę i jej rodzeństwo z domu przy ul. Mickiewicza, ponieważ rozszerzali linię kolejową i potrzebowali mieszkań dla robotników. Najmłodsi Jerzy i Irena musieli zamieszkać z macochą, a Helena w grudniu 1941 r. wyjechała do znajomych do Warszawy.

W Warszawie Helena Kurek zamieszkała przy ul. Ikara 13. Jej sąsiadem okazał się działający od dawna w polskiej konspiracji „Marcel”, który od razu wciągnął ją do pracy w podziemiu w strukturach Wojskowej Służby Kobiet działającej w ramach I Obwodu AK Mokotów. To wówczas w Warszawie „Ela” złożyła konspiracyjną przysięgę. W tym czasie współpracowała z por. Antoniną Kon „Jadwigą” i ppor. Magdaleną Grzybowską „Growską” i szkoliła się na wypadek wybuchu powstania zbrojnego, kończąc kursy sanitarne i łączności. Ponadto do rozsianych w mieście punktów kontaktowych przenosiła broń, amunicję i granaty.

Helena Majkowska wspominała:

Kiedyś miałam takie zlecenie, że mam zanieść granaty takie, jajeczka, to były okrągłe i takie z rączką, ale już nie pamiętam, jak one się nazywały. Miałam dwie torby tych granatów i miałam zanieść na Śródmieście. I miałam ten adres, gdzie mam to wszystko zostawić. I trzy tramwaje jechały. Pierwszy tramwaj, tylko że ten jeden tramwaj od drugiego była pewna odległość. To pierwszy tramwaj, co był i drugi tramwaj Niemcy zatrzymali. Były te samochody, budy, stały obok i wszystkich tych ludzi wygarnęli do tych samochodów, a nasz był trzeci. To wszyscy ci ludzie się wymietli z tego tramwaju, tylko zostałam ja, te moje granaty na przednim pomoście i jeden pan. Ale denerwowałam się, bałam się, bo (…) człowieka, by zaraz rozstrzelali. I taka jakaś niespokojna widocznie musiałam być, a ten pan mówił: „Panienko, niech się panienka nie denerwuje, niech się panienka nie patrzy do okna, tylko przed siebie. I zobaczy panienka, że przejedziemy, a nas dwoje, to prawdopodobnie Niemcy nie będę chcieli wchodzić”. I rzeczywiście tak było. Przewiozłam te granaty, oddałam, już nie pamiętam, to było gdzieś na Śródmieściu. Miałam ten adres, już tyle lat, to nie pamiętam. Zostawiłam i z powrotem przyjechałam do domu na Ikara ulicę.

W czasie Powstania Warszawskiego Helena Kurek ps. „Ela” w dalszym ciągu w ramach WSK pracowała na Mokotowie, w I Obwodzie AK oraz w pułku AK „Baszta”. Początkowo pełniła funkcję łączniczki pomiędzy Sadybą a Mokotowem. Potem jako sanitariuszka pracowała w punkcie sanitarnym przy ul. Woronicza, w szpitalu ss. Elżbietanek przy ul. Goszczyńskiego, w „Alkazarze” przy ul. Odyńca 55 oraz w tzw. ZUS-ie przy ul. Puławskiej 130. We wrześniu 1944 r. dostała przydział do kwatermistrzostwa na ul. Puławską 107. Pewnego razu, to chyba było jeszcze w sierpniu, Helena wraz z dwiema innymi łączniczkami miała zanieść rozkaz do budynku, w którym mieściła się powstańcza radiostacja. Niemcy częstokroć ostrzeliwali ten budynek z zajętego przez siebie i znajdującego się nieopodal klasztoru.

Helena Majkowska z d. Kurek opowiedziała w 2022 r.:

(…) poparzonych przywoziliśmy i powstańców rannych też do tej szkoły i do szpitala Elżbietanek też żeśmy doprowadzali. Z taką Miłą codziennie chodziliśmy po obiady dla tych chorych osób do szpitala Elżbietanek, oni nam taki kocioł dali, tej zupy, żeśmy raz szły, przyleciały samoloty niemieckie, nisko, tak niziutko, a my pod tym skulone, przy tym kotle tak siedziałyśmy, ja z jednej strony, a ona z drugiej strony. Samoloty odleciały, żeśmy podniosły się za ten kocioł, żeby do szpitala, żeby do tej szkoły zawieźć, a samoloty z powrotem wróciły, to my pod płot, skoro skurczyłyśmy się, przytuliliśmy się do tej siatki, do tej trawy, samoloty tak niziutko poszły, strzelały z tych karabinów, ale te kulki gdzieś tam dalej leciały, koło nas, ale nie w nas i później jeszcze myśmy poleżały trochę, bośmy się bały, że te samoloty mogą znów wrócić, ale te samoloty nie wróciły i kocioł w ręce i do szkoły żeśmy poszły, bo jak to mieli już gotowe jedzenie, a tutaj w szkole, to musiałybyśmy dostarczyć, karmiliśmy tych ludzi małymi łyżeczkami.

16 września Helena została ranna i ogłuszona podczas niemieckiego bombardowania. Dwa dni później, 18 sierpnia 1944 r., ukończyła 18 lat.

Od 24 września 1944 r. Niemcy rozpoczęli zmasowane ataki na powstańczy Mokotów. (…)

Mimo dramatycznej obrony, stawało się oczywiste, że upadek dzielnicy to tylko kwestia dni. (…) 26 września do kanałów celem ewakuacji zeszły pierwsze grupy rannych powstańców. Do kanałów weszło wówczas około 800 powstańców. Niemcy próbowali za wszelką cenę zablokować podziemne przejścia i miejscami zasypywali kanały, a przez włazy wrzucali granaty oraz karbid, który po zetknięciu z wodą wydzielał duszące opary. Powstańcze grupy traciły ze sobą łączność i błądziły w ciemnościach. Niektórzy powstańcy wchodzili do kanałów bocznymi odnogami i bez przepustek, co dodatkowo potęgowało bałagan i zatory w podziemnych trasach.

Helena Majkowska tak zapamiętała przejście kanałami:

(…) i później był rozkaz, chyba 27 września, żebyśmy się kanałami dostali do Śródmieścia, połączyli się z jakimiś innymi z organizacją, z innymi grupami. Pojechaliśmy, woda potąd, Niemcy, szczury, trupy, brud. Kanały to coś okropnego. Gdybym miała ginąć i powiedzieliby tak, że w kanałach ocaleję, a tu zginę, wolałabym tu na miejscu ginąć, niż do kanałów iść. To było coś okropnego. I okrakiem się szło, bo tu wszędzie pełno tej wody. Woda dotąd sięgała, Niemcy tak śluzy puściły, to woda dotąd była, były liny grube, każda trzymała się jedną ręką tej liny, drugą ręką trzeba było trzymać daną osobę, co przede mną szła, żeby się nie zgubić, żeby się nie utopić, byli przewodnicy, co prowadzili nas tymi kanałami. Poszliśmy na Śródmieście, doszliśmy do Śródmieścia, Niemcy zajęli wszystkie pozycje, wszystko było zajęte. (…) I później wróciłyśmy kanałami z powrotem na Mokotów. (…) a jeszcze do kanałów rzucali granaty, puszczali gazy, to było coś niesamowitego. Strzelali normalnie z karabinów tymi włazami

Wraz z grupą innych kobiet z powstania Helena Kurek musiała wrócić kanałami na Mokotów. Ale cała grupa wyszła z podziemi włazem w rejonie ulicy Dworkowej, na terenie już zajętym przez oddziały niemieckie. W tym miejscu z kanałów w kilku grupach wyszło łącznie około 200 powstańców. Niemcy oddzielili kobiety od mężczyzn, a tych ostatnich popędzili dalej. (…) Historycy szacują, że rozstrzelano wówczas około 140 powstańców, przede wszystkim mężczyzn, wywodzących się z pułku AK „Baszta”. Helena Kurek była pośrednim świadkiem tego niemieckiego mordu na powstańcach przeprowadzonego w rejonie ul. Dworkowej na Mokotowie. Ona sama tak zapamiętała te dramatyczne wydarzenia:

Jeszcze w kanałach umawiałyśmy się, że pojedynczo będziemy przechodzić na drugą stronę Puławskiej i tam się z jakimś oddziałem spotkamy. Wychodząc z kanałów, [zobaczyliśmy, że] Niemcy stali z tymi karabinami gotowi do strzału, kazali nam się położyć. To była ulica Dworkowa. Leżałyśmy długi czas na tej ulicy, ręce wyciągnięte przed siebie. Z piętnaście dziewcząt klęczało twarzami do muru. Czy to były z Powstania, czy to były cywilne osoby, trudno nam powiedzieć, w każdym bądź razie nie wiemy, kto to był, bo nie było twarzy widać, bo one cały czas klęczały. Wyszłyśmy na tą Dworkową i leżałyśmy może ze trzy godziny, może więcej, może mniej, trudno nam powiedzieć. I przyszedł taki starszy Niemiec… A rozstawiali maszynowy karabin, okrągły, gdzie nas mieli rozwalać. Bo chłopaków, którzy wychodzili z kanałów, to wszystkich rozstrzelali, tylko nie przy kanałach zaraz, tylko gdzieś tam dalej. Ich bardzo dużo zginęło. (…) Żołnierz, co był tam z nami, kazał żołnierzowi rozstawić ten karabin maszynowy. Jedna z dziewczyn umiała po niemiecku i powiedziała, że nas teraz rozwalą tak jak chłopaków. My byłyśmy przygotowane na to, że nas rozwalą. Każdy się pomodlił przed śmiercią. I przyszedł za jakiś czas (…) jakiś Niemiec… Cała ulica Dworkowa była przez Niemców SS (…) zajęta. I przyszedł taki wojskowy, chyba starszy od tego, co przy nas był, między sobą się kłócili, może z pół godziny i w końcu ten Niemiec kazał nam wstać, ustawić może w ósemki, może w czwórki (nie wiem, nie pamiętam tego) i wyszłyśmy piechotką na Forty Mokotowskie. Tam był odpoczynek”. I dalej: „Po półgodzinnym odpoczynku wymarsz dalej do Pruszkowa. W Pruszkowie, jak przyjechaliśmy, to już był wieczór, późno. Te dziewczyny, co klęczały, to zostały tak jak klęczały. Nie wiem, co z nimi zrobili.

W obozie przejściowym Dulag 121 w Pruszkowie grupa kobiet z powstania, w której znajdowała się Helena Kurek, przebywała tylko jedną noc. Z samego rana Niemcy popędzili je na stację kolejową i rozkazali wsiadać do bydlęcych wagonów. W tym jednym wagonie znalazło się 40 kobiet i dziewcząt, a więc było w miarę luźno. W innych wagonach okupanci na siłę upychali powstańców, tłocząc ich do granic możliwości. Warunki podróży były bardziej niż tragiczne. Niebawem transport zatrzymał się w Sztutowie, a więźniów przywitała niemiecka eskorta z ujadającymi psami, uzbrojona w karabiny i pyty do bicia. Helena Majkowska wspominała:

Kazali nam wysiadać, „schnell, schnell, schnell”, te psy na nas szczekały. Tymi pytami walili, ja sama w łeb dostałam, tą pytą. Walili po całym ciele, nie patrzyli gdzie, to w głowę, to w plecy.

Popędzono ich do KL Stutthof, ale że był już wieczór, musieli całą noc stać pod bramą i czekać na otwarcie obozu. Przybyły transport osób z powstania umieszczono w starej części obozu, w murowanych budynkach. Według zachowanych dokumentów Helena Kurek przybyła do KL Stutthof w dniu 29.09.1944 r. Do obozu została skierowana przez Sipo Warszawa jako więzień polityczny. W KL Stutthof otrzymała numer obozowy: 101 958.

Grupa powstańców z Warszawy znalazła się w obozie koncentracyjnym wbrew umowom kapitulacyjnym oraz z pogwałceniem konwencji genewskiej, ponieważ jako jeńcy wojenni powinni trafić do niemieckich obozów jenieckich Oflagów lub Stalagów. Wszystkie kobiety z grupy Heleny (około 40 osób) zostały skierowane do dużego piętrowego murowanego budynku i zamknięte w jednym ciasnym pomieszczeniu, gdzie było kilka szaf i kilka stołów. Część spała na tych złączonych stołach, a większość musiała położyć się bezpośrednio na podłodze. Pojawienie się w obozie tej grupy dziewczyn wywołało pewną sensację wśród innych więźniów. Wyglądały i zachowywały się bardzo bojowo: początkowo były w ubraniach i mundurach z powstania (najczęściej były to granatowe kombinezony i furażerki), miały biało-czerwone opaski, na cały obóz śpiewały polskie patriotyczne i powstańcze piosenki. Do grupy tych dziewczyn przylgnęło określenie „Kobiety pistolety”, nadane im przez innych więźniów. Inni więźniowie, mężczyźni, organizowali dla nich tzw. zrzuty – sprytnym sposobem przez uchylany dach podrzucali dla kobiet kromki chleba, papierosy, grypsy z listami i wiadomościami.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia grupę kobiet z powstania przeniesiono do rewiru żydowskiego. Najpierw zaprowadzono ich do łaźni. Po kąpieli i dezynfekcji dostały pasiaki, drewniane trepy, chustki na głowy i czerwone trójkąty więźnia politycznego. Co ciekawe, według relacji Heleny Majkowskiej, nie ogolili im włosów i dodatkowo dostały białe opaski ze stemplem AK.

Helena Majkowska wspominała po latach:

I żeśmy byli na bloku 27. Spałyśmy po troje na jednej pryczy. Miałyśmy trzy koce, to jeden koc żeśmy kładli na te wiórki, a dwoma kocami żeśmy się przykrywały. Jednego dnia spałyśmy tak, że jedna spała w nogach, a dwie w głowach, następnego dnia ta, co spała w nogach to spała w głowach, później się zmieniały. Piętrowe łóżka były trzypiętrowe, na każdym piętrze po trzy osoby. Tam było dosyć dużo tych łóżek takich, pryczy, to myśmy, pierwsza, druga, trzecia… Tam chyba z osiem prycz było po trzypiętrowe, to dosyć dużo nas było. No i tam już miałyśmy apele, tam już miałyśmy jedzenie. Była rano kawa czarna, kromka chleba, dwadzieścia deko może, nie więcej. Na obiad przeważnie buraki w łupinach, marchew w łupinach, czasem brukiew, jedno ziarenko brukwi, reszta woda. Marchew i buraki to żeśmy zębami obgryzali, żeby te łupiny zdjąć, i żeśmy to zjadali. Rano chodziłyśmy do pracy. Najpierw to żeśmy do kartoflarni chodziły obierać kartofle, a później nas dali do cięższej pracy. [Byliśmy] w tym budynku 27, a jeszcze był za nami budynek może 30, może 29 (już nie pamiętam) i tam codziennie zaprowadzali Żydówki do tego baraku śmierci. Te Żydówki nie chciały w ogóle wchodzić, ale ich popędzali, tymi pytami ich tam lali. Każdy barak miał takie furtki porobione z drutu, takie bramki. Otwierali tymi bramkami i ich tam wpuszczali. Już […] nikt z tych baraków nie wrócił. Trupów leżało pod dach barakowy. Codziennie przychodzili więźniowie, tych nieboszczyków na te wózki rzucali i w krematoriach palili. Smród palącego się ciała był nie do zniesienia. Były takie bunkry, murowane to wszystko, zakratowane. Jak już przychodziły nowe transporty Żydówek, to do tego bunkru ich tam wpuszczali, cyklon wpuszczali jakimiś szparami i to wszystko zamykali. Pisk tych ludzi męczących się, duszących się, było słychać na odległość.

W styczniu 1945 r. ruszył front wschodni i nad obozem zaczęły pojawiać się sowieckie zwiadowcze samoloty. (…) W dniach 22–24 stycznia 1945 r. wojska sowieckie zbliżyły się do Elbląga i Malborka, będąc w odległości już tylko ok. 40–50 km do KL Stutthof. Wobec szybkich postępów Armii Czerwonej Niemcy zdecydowali się do natychmiastowej ewakuacji obozu. W następnych dniach organizowali kolejne kolumny więźniów. W sumie w zimowych „marszach śmierci” z KL Stutthof na zachód wyruszyło łącznie około 11 tys. więźniów, z czego zmarło lub zostało zamordowanych 4,5 tys. W jednej z takich ewakuacyjnych grup znajdowała się Helena Kurek:

Wędrowaliśmy po trzydzieści kilometrów dziennie, przez tydzień czasu, bez jedzenia, bez niczego. Naszym jedzeniem był śnieg, garstka śniegu – jak się ją wychwyciło, to się ją polizało. Były postoje późno wieczorem w kościołach, w stodołach. W kościołach to jeszcze pół biedy, bo się siedziało na ławce i się zdrzemnęło. Gorzej było, jak w stodołach na klepisku się leżało do rana. [Na nogach] drewniaki. Ludzie mieli palce poodmrażane, gniły im nogi. Ja miałam wszystkie palce odmrożone. One jeszcze mi nie gniły, ale miałam odmrożone wszystkie palce u nóg.

I jeszcze raz Helena Kurek:

Bardzo dużo nas z wyczerpania, głodu i zmęczenia padało na drodze. Niemcy dali 2 min. do namysłu, żeby się podnieść. Jeśli nie wstał, został natychmiast zastrzelony i zostawiony na drodze. Ja również należałam do tych słabych, idąc ostatkiem sił od drzewka do drzewka, czekając na ten sam los moich poprzedniczek, które zostały zastrzelone. Życie swoje zawdzięczam starej Niemce, która była z nami w obozie jako więźniarka. I ona mnie podtrzymując i ciągnąc, dociągnęła do miejsca przeznaczenia, gdzie był odpoczynek

Wszystkie kolumny według niemieckich planów miały kierować się w rejon Lęborka. Ale na przeszkodzie w wykonaniu tego projektu stanęła pogoda. Po kilku dniach od wymarszu temperatura spadła nawet do –20°C, zaczął padać gęsty śnieg, a zimno potęgował lodowaty mocny wiatr. Najprawdopodobniej w rejonie miejscowości Bolszewo koło Wejherowa kolumna więźniów, w której znajdowała się Helena, zatrzymała się na dłuższy postój. Stało się tak podobno z powodu choroby ich dowódcy kolumny. W rzeczywistości Niemcy chyba sami nie wiedzieli, co począć z taką liczbą więźniów. Przymusowy odpoczynek przeciągnął się aż do okresu kilku tygodni. Potem popędzono ich dalej, tym razem w stronę morza, aby dalej przetransportować statkami. W czasie krótkiego przystanku więźniarki zauważyły posuwającą się w oddali kolumnę pancerną. (…) okazało się, że Sowieci są tuż, tuż, bowiem ta kolumna pancerna należy do wojsk sowieckich. Wtedy od razu zniknęli wszyscy Niemcy: dowódca kolumny, ich strażnicy i nadzorczynie. A więźniowie z tej kolumny byli naprawdę wolni. Była druga połowa kwietnia 1945 r. Napotkani potem radzieccy żołnierze kazali wyzwolonym więźniarkom zajmować niemieckie domy. I rzeczywiście tak zrobiły.

Helena Majkowska wspominała:

Niemcy mieli tam takie spiżarnie, kiełbasę, boczki, wszystkiego pełno, jak myśmy się rzucili na to jedzenie, jak my chore byłyśmy, te żołądki. Boże kochany. I później przychodzili ci lekarze rosyjscy, oni przynosili nam miętę bardzo, bardzo mocną i kaszę. Powiedzieli, żebyśmy nic z tych rzeczy nie jadły, bo się pochorujemy i naprawdę do domu nie wrócimy. I codziennie miałyśmy świeże kasze i świeże te mięty, i kurowałyśmy się.

Ale Polki – byłe więźniarki – cały czas były też narażone na niebezpieczeństwo gwałtów przez sowieckich „wyzwolicieli”. Był taki moment, że Helena i jeszcze jedna dziewczyna zatrzymały się u dwóch starszych Niemek. I wtedy wpadli Sowieci szukający młodych dziewczyn do rozrywki. Dobrze się stało, że Polki akurat leżały pod pierzyną. Cudem udało im się wtedy ochronić przed gwałtem, tłumacząc, że zostały wyzwolone z niemieckiego łagru i są ciężko chore.

Po oswobodzeniu Sowieci organizowali podwody do transportów byłych więźniów niemieckich obozów. Jednym z takich transportów do Wejherowa dostała się też Helena Kurek. Niestety jej grupa trafiła na dłuższą kwarantannę, ponieważ w rejonie panowała epidemia tyfusu. Po kwarantannie dostała zaświadczenie, że wraca z obozu koncentracyjnego, dzięki czemu mogła podróżować transportem kolejowym. Był 15 maja 1945 r., gdy przez Zielkowice i Łowicz dotarła w końcu do Skierniewic. Zaraz też zarejestrowała się w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym. Po powrocie z obozu Helena była bardzo wymizerowana, ważyła tylko 40 kg i miała nacieki na płucach:

Powróciłam chora, spuchnięta i wyczerpana. Tu zajął się mną Polski Czerwony Krzyż, dostając od nich leki i kartki na mleko, masło, jajka. Leczyłam się przez dwa lata przez Czerwony Krzyż (…) żeby trochę przyjść do zdrowia. Z braku witamin do 1950 r. powtarzały mi się na wiosnę krosty ropne, coś w rodzaju egzemy na głowie, uszach, szyi i twarzy

Po powrocie z obozu utrzymywała kontakt z byłymi więźniarkami KL Stutthof. Zaraz po skończeniu wojny, w latach 1950-1960, wraz z grupką byłych więźniarek pojechała nawet do Sztutowa na teren dawnego obozu. Jednocześnie była ostrzegana, żeby za żadne skarby nie przyznawała się do działalności w polskim podziemiu, w konspiracji WSK-AK i do udziału w Powstaniu Warszawskim.

W Skierniewicach pracowała najpierw krótko w fabryce dykty przy ul. Zwierzynieckiej. Potem w Urzędzie Pocztowo-Telekomunikacyjnym, najpierw jako doręczyciel depesz (1957– 1960), a później jako listonosz wiejski (od 1968 r.). W czasie okupacji miała skończony kurs sanitarny, po latach pracy na poczcie postanowiła wrócić do pracy przy chorych, odnowiła kurs pielęgnacyjny i pracowała w służbie zdrowia. Ukończyła również szkołę średnią w Legnicy. W 1950 r. wyszła za mąż za Zbigniewa Majkowskiego, z którym miała trójkę dzieci: Ewę (ur. 1951 r.), Krystynę (ur. 1953 r.) i Mirosława (ur. 1964 r.).

Helena Majkowska z d. Kurek została odznaczona m.in.: Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Armii Krajowej, Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Oświęcimskim oraz Medalem Zwycięstwa i Wolności 1945. W 2024 r. została awansowana na stopień porucznika.

 

Tekst zawiera fragmenty opracowania pt.:

KANAŁY TO COŚ OKROPNEGO… HELENA MAJKOWSKA Z D. KUREK I JEJ WOJENNE WSPOMNIENIA - Szymon Nowak

 

Więcej informacji o opisanej osobie wraz ze spisem źródeł znajduję się w powyższym dokumencie.

 

Informacje

Copyright 2022

Muzeum Historyczne Skierniewic

 

Projekt i wdrożenie: Przemysław Sarzyński