Stanisław Józef Kozicki urodził się w 1893 r. jako obywatel austro-węgierski. Dzieciństwo i młodość spędził we Lwowie. Ukończył Wydział Inżynierii Politechniki Lwowskiej. Działał w najstarszej polskiej organizacji gimnastycznej „Sokole” oraz niepodległościowych Polskich Drużynach Strzeleckich.
Obowiązkową służbę wojskową odbył w armii austriackiej. W czasie I wojny światowej walczył w oddziałach Józefa Piłsudskiego, który mianował go dowódcą plutonu 1. pułku piechoty I Brygady Legionów Polskich. Po kryzysie przysięgowym został wcielony do armii austriackiej. Zwolniono go na dwa miesiące przed zakończeniem wojny ze względu na zły stan zdrowia.
Szybko znalazł się w szeregach powstałego po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Wojska Polskiego. Jego pierwszymi działaniami frontowymi była walka o Lwów. W 1920 r. objął dowództwo 6. pułku piechoty Legionów.
Na stanowisku tym pozostawał do 1927 r. Wtedy został dowódcą piechoty dywizyjnej 8. Dywizji Piechoty. W Skierniewicach pojawił się w 1935 r., w związku z objęciem dowództwa 26. Dywizji Piechoty. Odznaczenia uzyskane przez generała Kozickiego wymienia łódzkie „Echo” z 7 marca 1938 roku:
„Jest jednym z najwaleczniejszych oficerów. Odznaczony jest pięciokrotnie: krzyżem Virtuti Militari V klasy, krzyżem Niepodległości, orderem Polonia Restituta IV klasy, czterokrotnie krzyżem Walecznych i złotym Krzyżem Zasługi”.
Do Skierniewic generał Kozicki przeprowadził się wraz z żoną Heleną (z domu Michoń) oraz dwuletnią wówczas córką Alicją. Mieszkali w dzielnicy zwanej przez skierniewiczan „willową”, ponieważ na przełomie XIX i XX w. budowali w tej części Skierniewic swoje domy bogaci mieszkańcy miasta.
Rodzina Kozickich wynajęła dom od wdowy Leonii Mazaraki przy ulicy noszącej imię dawnego dowódcy generała, Józefa Piłsudskiego. Budynek został zbudowany pod koniec XIX w. Jego właścicielka na co dzień mieszkała w miejscowości Żelazna pod Skierniewicami. To była jedna z dwóch skierniewickich willi należąca do Leonii Mazaraki. Druga znajdowała się niedaleko na ulicy Kozietulskiego. W tej wynajętej przez rodzinę Kozickich w latach 1919–1920 działał pensjonat dla ozdrowieńców walczących w wojnie polsko-bolszewickiej. Nosił on imię zmarłego w 1913 r. Aleksandra Mazaraki, męża Leonii. Jak widać willa od kilkunastu lat związana była z wojskiem. Z wojskiem były związane również Skierniewice.
Pierwsze relacje prasowe dotyczące zbrodni na rodzinie generała Kozickiego i jego służbie skupiały się na odkryciu makabrycznego morderstwa przez wojskowego oraz widoku, jaki zastał, dostawszy się do środka willi.
Łódzkie „Echo” na początek podawało szczegóły odnośnie do nieobecności generała Stanisława Kozickiego w domu, w czasie morderstwa.
Mianowicie przebywał on w szpitalu wojskowym im. Marszałka Piłsudskiego w Warszawie na leczeniu ręki. Według gazety generał sam pojawił się pod domem, a nie mogąc otworzyć drzwi, wezwał ślusarza. W łódzkiej gazecie nie podano szczegółów zbrodni, natomiast padło nazwisko Tchórzewski.
Był on dyrektorem miejscowej Komunalnej Kasy Oszczędnościowej i sąsiadem Kozickich. Mieszkał na pierwszych piętrze willi przy ulicy Piłsudskiego, ale niestety, w wieczór zbrodni nie doszły do niego żadne podejrzane odgłosy z dołu. Dramatyzmu opowieści dodała informacja, że jedna z zamordowanych służących została zatrudniona przez Helenę Kozicką cztery dni przed morderstwem, a do pracy przyjechała z Mystkowic, wsi położonej pod Łowiczem.
W poniedziałkowej „Gazecie Polskiej” można było przeczytać:
„Generał Stanisław Kozicki powrócił wczoraj o godzinie 17tej z Warszawy, gdzie bawił na tygodniowej kuracji. Drzwi willi (Piłsudskiego 14) były zabarykadowane. Okiennice pozamykane od zewnątrz. Kiedy po dłuższym dobijaniu się, nikt nie otwierał, generał Kozicki polecił towarzyszącemu mu szeregowcowi wyważyć drzwi”.
Kiedy udało im się wejść do środka, w kuchni odkryto martwą kucharkę, 26-letnią Józefę Olczakównę. W kolejnym pomieszczeniu, do którego weszli, w jadalni z raną ciętą głowy znajdowało się ciało żony generała, Heleny.
W pokoju dziecięcym znaleziono martwe dziecko oraz jego opiekunkę, 15-letnią Zofię Piotrowską. „Echo” i „Gazeta Polska” rozmijały się w kwestii zamordowanych służących. Łódzki dziennik podawał, że Józefa Olczakówna miała 18 lat, natomiast piastunka była 16-latką.
W mieszkaniu panował „okropny nieład”, pootwierane szuflady i szafy, porozrzucane ubrania i inne przedmioty (wszystko poplamione krwią ofiar) sugerowały motyw rabunkowy zbrodni.
Dalej w tym samym artykule „Gazeta Polska” przybliżyła prawdopodobny przebieg morderstwa. Pojawiło się także narzędzie zbrodni:
„W czasie pierwiastkowego śledztwa stwierdzono, że zabójca zamordował siekierą najpierw kucharkę, następnie wpadł do jadalnego pokoju, gdzie ofiarą jego padła żona generała, następnie zaś wtargnąwszy do pokoju dziecinnego, zabił tą samą siekierą córeczkę generała i usiłującą ją bronić piastunkę”.
Do morderstwa miało dojść w nocy z 3 na 4 marca. Policja wytypowała również pierwszego podejrzanego. Był to 21-letni szeregowy Bolesław Janowski z Łodzi. Nie wykluczono, że mógł mieć pomocnika lub pomocników. Aresztowano jednego z potencjalnych wspólników, a właściwie wspólniczkę — przyjaciółkę Janowskiego mieszkającą w Skierniewicach. „Gazeta Polska” nie podała jeszcze jej personaliów.
W kolejnym, wtorkowym numerze „Gazeta Polska” opisała pierwsze godziny przybycia generała do domu po pobycie w warszawskim szpitalu. (Czytelnik dowiedział się, że Kozicki złamał rękę w Zakopanem i dlatego został poddany leczeniu). Kiedy nie udało mu się dostać do domu, pojechał do kasyna wojskowego. Trudno stwierdzić, czy ta wersja jest bardziej wiarygodna, ponieważ powinien przynajmniej zastać dwie służące i swoją córkę, które raczej nie poszłyby z Heleną Kozicką późnym popołudniem do garnizonu.
Dlatego zastanawia fakt, że wojskowy zdecydował się poszukać żony poza domem. Od żołnierzy dowiedział się, że kilka dni temu ordynans generała wspominał, że generałowa wspólnie z dzieckiem wyjechały do Warszawy.
W tym momencie generał zaczął coś podejrzewać, ponieważ jego najbliższa rodzina nie odwiedziła go w szpitalu, a to właśnie był cel ich rzekomej wyprawy. Wrócił na ulicę Piłsudskiego wspólnie z adiutantem kapitanem Dratwą. Poprosili dozorcę Franciszka Zielińskiego, żeby wyważył drzwi:
„Po zapaleniu światła spostrzeżono w pierwszym pokoju niezwykły nieład. Drzwi do korytarza wiodącego do kuchni były uchylone. Generał, przeczuwając nieszczęście, wpadł do korytarza i tam zobaczył na progu, leżące w kałuży krwi, owinięte w pled, ciało swojej żony, 40-letniej Heleny. Twarz zamordowanej była zmasakrowana; na progu i na ścianach widniały szczątki mózgu i plamy krwi. Obok zwłok na podłodze leżało duże, oprawne w ciężką srebrną ramę lustro, którym prawdopodobnie zamordowana usiłowała bronić się przed napastnikiem. Generał, na widok zwłok swej żony, zemdlał. Towarzyszący mu oficer przeniósł do gabinetu, a następnie zawiadomił telefonicznie posterunek policji i władze wojskowe”.
Na miejsce zbrodni przybyli funkcjonariusze, którzy z pomocą psa policyjnego rozpoczęli śledztwo. Wkrótce pojawili się komendant policji, funkcjonariusze żandarmerii wojskowej oraz sam starosta skierniewicki.
Wieczorem w Skierniewicach pojawili się Motoczyński, zastępca komendanta policji państwowej, prokurator Sądu Okręgowego w Warszawie i rejonowy sędzia śledczy.
Według wstępnych ustaleń policjanci odtworzyli prawdopodobny przebieg zbrodni. Kucharka, zbudzona hałasem, wstała sprawdzić, co się dzieje. Kiedy zobaczyła mężczyznę z siekierą, próbowała ratować się ucieczką.
Otrzymała cios w tył głowy. Generałowa słysząc krzyki, narzuciła na siebie pled i wyszła z sypialni. Zabrała ze sobą do obrony lusterko. Morderca prawdopodobnie znajdował się blisko drzwi sypialni i zaskoczył kobietę silnym uderzeniem rączką siekiery. Kiedy Helena Kozicka upadła, dostała śmiertelny cios w głowę. Ten sam los spotkał uciekającą piastunkę Zofię Piotrowską.
Na końcu morderca udał się do pokoju córeczki generała. Dziewczynka spała. Siła uderzenia była tak silna, że ostrze siekiery rozdarło nawet poduszkę, na której spoczywała główka dziewczynki.
Po ochłonięciu generał stwierdził, że z szafy zniknęły palto jego żony, należące do niego długie wojskowe buty oraz spodnie. Zbrodniarz nie ukradł ani biżuterii wartości kilku tysięcy złotych, ani 1300 złotych, do których miał łatwy dostęp. Pod łóżkiem w sypialni znaleziono okrwawiony mundur ordynansa Janowskiego. Brak guzików oraz rozerwania świadczyły o szarpaninie.
Pierwszym podejrzanym o dokonanie zbrodni był dozorca — Franciszek Zieliński — który miał działać wspólnie z posługaczką Teofilą Józefską mieszkająca na ul. Rynek 5 w Skierniewicach. Okazało się, że oboje mają mocne alibi i zostali zwolnieni z aresztu. Kolejne podejrzenie padło na ordynansa, Bolesława Janowskiego. Bez wątpienia pomogły w tym zeznania Tchórzewskiego. Mężczyzna słyszał hałasy dochodzące od sąsiadów:
„Mieszkający o piętro wyżej pp. Tchórzewscy słyszeli w nocy z czwartku na piątek jakieś podejrzane hałasy w mieszkaniu generała. W piątek rano przyszedł do nich Janowski i oświadczył, że generałowa spakowała w nocy walizy i z dzieckiem oraz ze służbą wyjechała do chorego męża, którego stan jakoby pogorszył się znacznie. Następnie Janowski udał się do mieszkania i widziano o godz. 10-ej rano, jak zamykał okiennice, sprawdzał drzwi frontowe i wreszcie z walizą generałowej w ręku udał się do miasta. O godz. 22-ej Janowskiego widziano w cywilnym ubraniu i cyklistówce naciśniętej na oczy w towarzystwie kobiety i małego dziecka na stacji w Skierniewicach. O godz. 22 min 22 wsiadł on do pociągu odjeżdżającego do Katowic”.
Na koniec artykułu podano informacje o dacie pogrzebów ofiar Janowskiego, które miały się odbyć 8 marca.
Dużo miejsca tematowi zbrodni poświęciło także „Echo”, ale w odróżnieniu od „Gazety Polskiej” artykuł ukazał się na pierwszej stronie ze zdjęciem „domu zbrodni”. Już z tytułu czytelnik mógł się dowiedzieć o losie zabójcy:
„Potworny morderca sam wymierzył sobie sprawiedliwość. Osaczony przez pościg pod Mińskiem Mazowieckim, ordynans Janowski popełnił samobójstwo”. Artykuł specjalnego wysłannika dziennika do Skierniewic pisany był na gorąco, ponieważ na jego początku opisana jest sytuacja jeszcze sprzed samobójstwa Janowskiego: „W obecnej chwili trwają energiczne poszukiwania za sprawcą mordu, którym według wszelkiego prawdopodobieństwa jest 21-letni Bronisław Janowski, ordynans gen. Kozickiego”.
Przybyły do miasta dziennikarz dowiedział się, że generał podczas pobytu w stołecznym szpitalu próbował dodzwonić się do domu. Jednak, kiedy to mu się nie udało, zdecydował się na skrócenie kuracji i przyjazd do Skierniewic. W relacji nie ma informacji o zamkniętych drzwiach, ich wyważeniu czy pomocy ślusarskiej. Do willi Kozicki wszedł z oficerami. Pierwsze co rzuciło im się w oczy to nieład. Zmieniła się również godzina zbrodni. Nie był to środek nocy, ale piątkowy poranek (godzina 9).
W dalszej części artykułu opisany jest przebieg morderstwa. Pierwsza zginęła służąca Olczakówna, której zadane zostały dwa ciosy siekierą. Następna zginęła żona Kozickiego uderzona w głowę. Potem opiekunka dziecka i na końcu 5-letnia dziewczynka.
Podczas przeszukania mieszkania przyjaciółki Janowskiego przy ulicy Ogrodowej znaleziono jego zakrwawiony mundur, co było podstawą aresztowania kobiety. Dziennikarz rozmawiał również z matką jednej z zamordowanych kobiet, Zofią Olczakówną. Nie miał daleko z willi przy ulicy Piłsudskiego, ponieważ jego rozmówczyni mieszkała przy ulicy Senatorskiej:
„Ze łzami w oczach opowiada nam o zadowoleniu śp. Zofii z racji otrzymania nowego zajęcia u generałowej, co rozumiała jako awans. Awans jednak był tak tragiczny”.
Artykuł kończy się informacją wspomnianym już samobójstwie Janowskiego.
Ósmego marca informacja o morderstwie ukazała się po raz pierwszy na łamach „Ilustrowanego Głosu Trybunalskiego”. Według dziennika generał Kozicki do Skierniewic przyjechał o 15.30 („Gazeta Polska” podawała godzinę 17). Drzwi pomogli mu otworzyć wezwani na miejsce oficerowie i żołnierze.
Z relacji dziennika wynika, że widok jaki zastał generał Kozicki, spowodował, że zemdlał. Ciała Olczakówny oraz Kozickiej znaleziono w pomieszczeniu łączącym kuchnię z jadalnią, martwe dziecko było w swoim pokoju, a piastunka w innym. Pada też nazwisko Bronisława Janowskiego jako mordercy, który zbrodni miał dokonać w piątek o godzinie 4 rano. Jego pierwszą ofiarą była Józefa Olczakówna, która po pierwszym zadanym ciosie obudziła się i zaczęła uciekać w stronę spiżarni, gdzie planowała się schronić przed mordercą. Jednak nie zdążyła tam się ukryć. Dalej czytamy: „Przeraźliwy krzyk i szamotanie się mordowanej, zbudziły generałową, która owinęła się kołdrą i chwyciła ciężkie lusterko w metalowej oprawie, biegnąc na pomoc z sypialni do sionki kuchennej. Tutaj stanęła oko w oko ze zbrodniarzem, który jednym uderzeniem siekierą w lewą skroń pozbawił generałową życia. Zwłoki generałowej znaleziono w przedpokoju, obok leżało lusterko. Wychowawczyni Zofia Piotrowska, śpiąca w sąsiednim pokoju, usłyszawszy przedśmiertne krzyki mordowanych, wyskoczyła z łózka i uciekła do ostatniego pokoju. Tutaj dopadł ją morderca i pozbawił siekierą życia. Pozostała tylko 5-letnia Lili.
Ordynans wszedł do pokoju dziecka, które spało w łóżeczku, znacząc swą drogę krokami krwi ściekającymi z ostrza siekiery. Nie oszczędził i dziecka, masakrując mu główkę tą samą siekierą”.
W piotrkowskiej gazecie pojawiła się również postać sąsiada Tchórzewskiego oraz przyjaciółka Janowskiego, która została aresztowana.
Z dalszej części artykułu czytelnik mógł się dowiedzieć o ucieczce mordercy pociągiem do Warszawy (odchodzącym o 10.22). Według świadków miał przy sobie dużą walizkę i jak przypuszcza dziennikarz, w środku mogły znajdować się zrabowane przedmioty (w tym biżuteria oraz 200 zł). Potem czytamy, że przed willą przychodziły tłumy skierniewiczan. Przed budynkiem pojawili się żandarmi oraz policjanci, którzy mieli pilnować porządku.
Na koniec „Ilustrowany Głos Trybunalski” wydał wyrok:
„Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zbrodni dokonał ordynans generała Bronisław Janowski. Po dokonanym mordzie, zabrawszy cenną biżuterię oraz pewną ilość gotówki, znalezionej w torebce zamordowanej generałowej, opuścił mieszkanie w 20 minut po zbrodni, udając się na dworzec. W godzinę po morderstwie wyjechał ze Skierniewic. Udał się on do Warszawy. Obecnie władze śledcze są już na jego tropie i zbrodniarz lada godzina będzie schwytany”.
Ósmego marca artykuł o zdarzeniach w Skierniewicach pojawił się również na łamach prasowego organu Polskiej Partii Socjalistycznej — „Robotnik”.
Artykuł zaczynał się od motywu powrotu do domu po pobycie w szpitalu.
Nowością jest to, że został przywitany przez wojskową delegację na dworcu kolejowym. Generał nie mogąc dostać się do domu, postanowił udać się do kasyna. Tam według niego mogła znajdować się jego żona. Kiedy w tym miejscu nie znalazł małżonki, z adiutantem udał się do willi. Po wyważeniu drzwi weszli do środka:
„oczom obu oficerów przedstawił się straszliwy widok. Na podłodze w różnych pokojach leżały porąbane straszliwie trupy żony generała, 42-letniej Heleny Kozickiej, 5-letniej córki — Lili, jej wychowawczyni 18-letniej Zofii Piotrowskiej oraz służącej, 18-letniej Zofii Olczakówny. Ustalono, że zbrodni dokonał ordynans Bronisław Janowski”.
„Robotnik” w swojej relacji podał, że do zbrodni doszło w nocy z piątku na sobotę. Kolejność zbrodni jest podobna jak w innych gazetach — Olczakówna, generałowa Kozicka, Piotrowska i córka generała. Z miejsca zbrodni Janowski miał uciec z kobietą:
„Ustalono, że wraz z mordercą zbiegła kobieta, używająca tego samego nazwiska, uchodząca powszechnie za jego żonę. Ostatnio pracowała w kuchni pułkowej jako obieraczka kartofli. Miała 3-letniego synka. Bezpośrednio po zbrodni we troje opuścili Skierniewice”.
Czy w czasie pomiędzy dokonaniem morderstwa a wyjazdem ze Skierniewic Bronisław Janowski pojawił się jeszcze raz na miejscu zbrodni? „Echo” z 9 marca sugeruje, że tak i cytuje rozmowę pomiędzy ordynansem a (rzekomą) żoną, jaka odbyła się w mieszkaniu Biernacika przy ulicy Wspólnej:
„W pewnej chwili Kwiatkowska uchodząca za żonę Janowskiego odezwała się.
— Mam koślawe i dziurawe trzewiki. Nie mogłeś przynieść jakichś pantofli?
A na to Janowski do p. Biernacika:
— Polecę do generałowej, może pożyczy jakichś butów!
Jakoż istotnie morderca udał się do willi. Otworzył główne drzwi i po chwili wyszedł, niosąc jakieś zawiniątko. Widział to dozorca — nie powziął jednak żadnych podejrzeń. Janowski powrócił do żony i wręczył jej parę nowych żółtych półbucików oraz krótkie boty — deszczówki, które stanowiły własność śp. generałowej”.
Tekst zawiera fragmenty opracowania pt.:
Więcej informacji o opisanej osobie wraz ze spisem źródeł znajduje się w powyższym dokumencie.