Kazimierz Klimczak urodził się 4 marca 1898 r. w majątku Wielka Wolica niedaleko Żytomierza. Jego rodzicami byli Jakub Klimczak (1862–1922) z wykształcenia ogrodnik oraz Julia z d. Bratro (1874–1938). Kazimierz był najstarszym spośród licznego grona rodzeństwa: Tadeusza (1899–1983), Zygmunta (1901–1971), Władysława (1903–1987), Olgi (1905–1995), Marii (1907–1985), Edwarda (1908–1909), Edmunda (1909–1925) i Stanisławy (1915–2008).
Zanim Kazimierz poszedł do szkoły powszechnej w Hulczu, był prawdopodobnie niezłym urwisem, skoro jego młodszy brat Władysław tak go zapamiętał:
Najwięcej psocił Kazio. […] Miejscowy nauczyciel bardzo Kazia lubił i często przejeżdżając obok nas rowerem, zabierał go na ramę ze sobą. Jednego razu miał nieszczęśliwy wypadek, wziąwszy Kazia na ramę obok siebie, nie zauważył, że smarkacz wsadził nogę między szprychy roweru i mocno ją sobie uszkodził, tak, że bez operacji się nie obeszło. Z tego przypadku była wielka awantura, sprawa oparła się aż o sąd. Nie wiem, jaka była decyzja sądu, ale ślad po tym wypadku pozostał u brata przez całe życie. Blizną tą nawet brat często się chlubił i pokazywał kolegom.
W 1908 r. Jakub Klimczak znalazł lepszą posadę — ogrodnika w Klebanówce — wsi leżącej niedaleko Podwołoczysk. Kazimierz kontynuował naukę w szkole w Podwołoczyskach, a następnie uczył się w gimnazjum w Tarnopolu. Jego ojciec wówczas ponownie zmienił pracę — tym razem podjął ją we wsi Cześników, powiat Rohatyn, a matka z dziećmi zamieszkała w wynajętym mieszkaniu w Tarnopolu. W tym czasie, aby wspomóc utrzymanie licznej rodziny, najstarsi bracia musieli pracować dorywczo na kolei.
Władysław Klimczak wspominał tak ten okres:
Uczyliśmy się wszyscy dobrze i żyli po bożemu. Nasz Ojciec wpajał w nas zasady moralne, wyrabiał ambicję i podtrzymywał na duchu przy niektórych załamaniach psychicznych, dlatego moralnie staliśmy na wysokim poziomie, a w nauce byliśmy zawsze pierwsi. Toteż zawsze otrzymywaliśmy w nauce dobre wyniki i przechodziliśmy klasy bez powtarzania roku.
Co sobotę Ojciec przyjeżdżał do nas z Cześnik. Kontrolował nasze zeszyty i postępy, a nawet odpytywał czasem niektóre lekcje, dając tym samym dowód, że się nimi interesuje. […] Uzupełnieniem pracy wychowawczej Ojca w codziennym życiu była osobowość Matki. Matce też wiele zawdzięczamy.
Kiedy wybuchła wielka wojna, Kazimierz ukończył pierwszy rok kursu seminarium nauczycielskiego w Tarnopolu. Jakub Klimczak zabrał całą rodzinę do swej małej izby w budynku folwarcznym w Cześnikach, ale w wyniku wojny wszystkie rzeczy pozostawione w Tarnopolu przepadły. Działania zbrojne przeciągały się i młodzież musiała wspomóc rodziców w pracy. Dwaj najstarsi synowie pracowali przy ojcu w ogrodzie, a młodsze rodzeństwo pracowało trochę we własnym ogródku (który właściciel przekazał na użytek Klimczakom), ale też pomagało matce w codziennych pracach. Władysław np. pasał krowę, którą dziedzic dał Klimczakom, zanim sam wyjechał na południe.
Tymczasem pod Cześnikami trwały zacięte walki, a w miejscowym pałacu urządzono szpital polowy. Wkrótce Austriacy wyparli Rosjan z tego terenu, a Kazimierz poważnie zaczął myśleć o wstąpieniu do Legionów Polskich. W tym zamierzeniu syna poparł ojciec, który wychowywał dzieci w duchu polskiego patriotyzmu. Obawiał się zresztą, że lada moment rekruta z tego terenu mogą brać Austriacy, a zawsze przecież lepiej służyć w polskim wojsku.
Jesienią 1915 r.3 17-letni Kazimierz zgłosił się na ochotnika do Legionów Polskich i jako strzelec służył w Krakowie oraz Kozienicach. To właśnie z Kozienic wysłał pierwszą korespondencję do domu, że czuje się dobrze, ale tęskni, bo „Żal, żal serce boli, nie ma mojej złotej doli”.
W marcu 1916 r. otrzymał przydział do 1. kompanii 6. pp 3. Brygady Legionów Polskich i walczył z nią na froncie wołyńskim. Dwudziestego pierwszego lipca 1916 r. Kazimierz został ciężko ranny w walkach pod Sitowiczami.
Następnie przez dłuższy czas był leczony w szpitalach w Lublinie, Tarnowie i Krakowie. On sam uspakajał rodzinę, że wszystko jest dobrze, ale do domu i tak dotarła prawdziwa wiadomość, że u Kazika „ręka na temblaku, pięć żeber i obojczyk wyharatane”. W połowie marca 1917 r. Kazimierz trafił przed Komisję Lekarską, która jako niezdolnego do służby skierowała go na stanowisko zastępcy, a następnie komendanta Domu Inwalidów Legionów Polskich we Lwowie.
Pełniąc tę funkcję, dotrwał do końca października 1918 r., jednocześnie kontynuując naukę na seminarium nauczycielskim. Jednak, kiedy tylko Ukraińcy chcieli zawładnąć polskim Lwowem, Kazimierz spontanicznie dołączył do obrońców miasta. Jako ochotnik i dowódca plutonu walczył m.in. na odcinku V — szkoła Sienkiewicza, a na linii spotkał swojego brata Tadeusza.
Bracia wspólnie toczyli boje o stację kolejową Persenówkę i w obronie przyczółku mostowego. W tej ostatniej walce Kazimierz został ranny, a w rodzinnych relacjach tak zapamiętano ten moment:
W czasie ataku na bagnety jeden z Ukraińców pchnął bagnetem w pierś plutonowego Kazika, trafiając właśnie w niezagojoną jeszcze ranę, rozrywając ją powtórnie. W tej chwili kapral Tadzik Klimczak odwrócił karabin i z całej siły uderzył Ukraińca w łeb. Walka została wygrana, ale rannego Kazia zawieźli do szpitala, który mieścił się wtedy w Politechnice Lwowskiej.
Ponownie musiał się kurować dłuższy czas.
Kiedy wrócił do zdrowia, jako sierżant i dowódca plutonu w kompanii karabinów maszynowych w marcu 1919 r., otrzymał przydział do 38. pp Strzelców Lwowskich. Dziesiątego maja 1919 r. został ponownie ranny (trzeci raz). Od czerwca do października 1919 r. służył na froncie w III kompanii 24. pp. To z tego okresu (jesień 1919 r.) pochodzi opinia przełożonych z dowództwa I batalionu 24. pp:
Jednorocz. sierż. Klimczak Kazimierz przez cały czas swej bytności w Baonie zachowywał się wzorowo i dzielnie jako dowódca plutonu K. M., czem zyskał pełne zaufanie tak Dow-cy Baonu jak też Kompanii. Był podawany na podchorążego. W zupełności nadaje się na oficera.
Nic więc dziwnego, że 15 października 1919 r. został skierowany do Szkoły Podchorążych w Warszawie, którą ukończył w marcu 1920 r. Następnie w szeregach 49. pp walczył na froncie w czasie wojny polsko-bolszewickiej, ale 19 czerwca 1920 r. znowu został ranny (po raz czwarty). Po powrocie do zdrowia w listopadzie 1920 r.
Kazimierz Klimczak trafił do baonu zapasowego 49. pp jako oficer broni i oświaty. Z tego okresu pochodzą opinie jego przełożonych:
wychowuje i kształci szeregowych: bardzo dobrze. (…) Przed frontem pewny, komenda bardzo dobra. (…) Wartość moralna: dobra, poważny, prawy. (…) dobry oficer, bardzo pilny i obowiązkowy.
Za okres wojen w latach 1916–1921 Kazimierz Klimczak został odznaczony Krzyżem Walecznych (dwukrotnie), Krzyżem Niepodległości, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918–1921 oraz Medalem Dziesięciolecia Odzyskanej Niepodległości. W maju 1922 r. otrzymał awans na porucznika piechoty (ze starszeństwem od czerwca 1919 r.), a w styczniu 1928 r. na kapitana. W tym czasie służył w: 49. pp w Kołomyi (1920–1923), 44. pp w Równem (1923–1932), 62. pp w Bydgoszczy (od 1932 r.).
Należy jeszcze wspomnieć, że 10 czerwca 1922 r. Kazimierz Klimczak zawarł związek małżeński ze Stefanią Wiśniowską (ur. 1903 r.), z którą miał dwóch synów: Zdzisława (ur. 1923 r.) i Leszka (ur. 1925 r.).
Pozytywne cechy charakteru Kazimierza Klimczaka dobrze obrazuje sytuacja z 15 lipca 1928 r., gdy kapitan, który wraz z kilkoma żołnierzami wypoczywał nad rzeką Ujście niedaleko miasta Równe, uratował tonącą dziewczynę.
Dokładnie całe zajście opisał plut. Edmund Szenaer:
W czasie gdy już po kąpieli wyszliśmy na brzeg i grzaliśmy się na słońcu, w pobliżu nas kąpały się dwie siostry. Jedna z nich umiała pływać, druga zaś nie. Umiejąca pływać uczyła pływać swoją siostrę. Nie znając głębokości rzeki, obie oddaliły się i trafiły na głębokie miejsce, obie zaczęły tonąć; ta która nie umiała pływać, objęła wpół za szyję umiejącą pływać, przez co uniemożliwiła jej pływanie i obie zaczęły tonąć, przy czem krzyczały o ratunek. W pobliżu tonących znajdowało się dużo mężczyzn, lecz żaden z nich nie rzucił się na ratunek, dopiero p. kpt. Klimczak w towarzystwie pchor. plut. Chruściela Marjana rzucili się do rzeki dla ratowania tonących. P. kpt. uchwycił jedną z tonących, pchor. plut. Chruściel drugą.
P. kpt. Klimczak sam o mało nie utonął przy ratowaniu, ponieważ dziewczyna, którą ratował, skrępowała mu jedną ręką — drugą zaś objęła go za szyję. P. kpt. Klimczak jest silny i duży mężczyzna, umie dobrze pływać, wobec czego dał z nią sobie radę i dopłynął razem z nią na brzeg. Wspomniana dziewczyna nawet na brzegu nie chciała oderwać [się od] p. kpt. Klimczaka, była zupełnie nieprzytomną i dopiero po pewnym czasie przyszła do siebie, poczem bardzo dziękowała p. kpt. za wyratowanie.
Za odwagę, szybką decyzję oraz uratowanie tonącej dziewczyny kpt. Klimczak otrzymał prawdopodobnie Medal za Ratowanie Ginących — w archiwum WBH zachował się stosowny wniosek w tej sprawie z 1930 r.
Z opisanej sytuacji wynika, że Kazimierz Klimczak potrafił bardzo dobrze pływać. Ale tak gdzieś na wiosnę 1900 r., kiedy był jeszcze małym chłopcem, o mało sam nie przypłacił życiem przypadkowej kąpieli. Tak o tym wydarzeniu wspominał po latach jego młodszy brat Władysław:
Na razie dwóch pętaków łazi w pokoju po podłodze, a matka spodziewa się
trzeciego. Siedzi zamyślona na foteliku i haftuje obrus dla rządcy p. Gry-
giera, nucąc przy tym melodyjne piosenki. Aż tu nagle wpada z krzykiem
sąsiadka — proszę pani, wasz syn Kazio topi się w stawie! Matka ze stra-
chu drżącą ręką ledwie sitko trzyma, nie chce wierzyć, bo wie, że chłopak
dopiero co bawił się u jej nóg. Ale już nadbiega Ojciec i ściska i całuje ura-
towanego chłopca, którego z topieli wybawił przechodzący obok miejscowy
fornal. Tyle strachu! Na szczęście odbyło się bez groźniejszego wypadku.
Żona Kazimierza Stefania Klimczak z d. Wiśniowska z synami: Leszkiem i Zdzisławem
(zbiory Danuty Sochackiej)
Kiedy w 1939 r. niemieckie wojska zaatakowały Polskę, Kazimierz Klimczak w stopniu majora był dowódcą III batalionu 82. pp w 30. DP (dowódca gen. bryg. Leopold Cehak). Dywizja ta wchodząc w skład Grupy Operacyjnej „Piotrków” (dowódca gen. Wiktor Thommeé) w Armii „Łódź” (gen. Juliusz Rómmel), od marca 1939 r. rozpoczęła obsadzanie przewidzianych do obrony zachodnich rubieży Polski. Osiemdziesiąty drugi pułk zajmował pozycje w rejonie Szczercowa nad rzeką Widawką, a pod koniec sierpnia przesunął się na przygraniczny odcinek nad Wartą. W drugi dzień wojny 82. pułk był silnie atakowany przez niemiecką 19. DP, która po całodziennym boju zajęła prawy brzeg rzeki i odrzuciła w tym miejscu Polaków. Od 4 września przez kilka kolejnych dni 30. DP toczyła ciężki bój na głównej pozycji obronnej nad rz. Widawką. Dopiero 7 września, zagrożona oskrzydleniem dywizja rozpoczęła odwrót na północny zachód, dochodząc do Cyrusowej Woli i Głowna.
O świcie 9 września 1939 r. oddziały 30. DP ześrodkowały się w Lasach Przyłęckich. W tym czasie polska dywizja była w zasadzie z trzech stron otoczona oddziałami wroga. Oprócz tego, że niemieckie wojska napierały od zachodu, to dodatkowo ich jednostki z XI KA maszerowały na południu równolegle do oddziałów polskich — 19. DP na Rawę Mazowiecką, a 18. DP na Brzeziny i Jeżów. Dzień wcześniej wydzielone zmotoryzowane niemieckie grupy zajęły Jeżów, Głuchów i Słupię, zamykając przed 30. DP drogę odwrotu na Warszawę. Należało siłą wywalczyć przejście na wschód i taka była decyzja dowódcy dywizji, potwierdzona przez gen. bryg. Wiktora Thommée.
Dowódca GO „Piotrków” początkowo do akcji chciał również zaangażować siły Wołyńskiej Brygady Kawalerii, ale te już odmaszerowały dalej na Skierniewice. Dlatego też do boju wyruszyła jedna dywizja piechoty, która w wyniku dotychczasowych bojów i strat miała 40% stanów wyjściowych, czyli około 5000 żołnierzy.
Na początku starcia, w południowej części kompleksu leśnego, pododdział z 84. pp zaskoczył niemiecki batalion i w ataku zdobył wieś Jasienin Duży. Na przedpolu 82. pułku wojska niemieckie, a konkretnie 18. Batalion Rozpoznawczy 18. DP, obsadzały folwark we wsi Krosnowa oraz całą Słupię.
Na wstępie akcji 82. pp, 4. kompania przeczesała las „Górki” (las pomiędzy Krosnową, Słupią i Przyłękiem), oczyszczając go z niemieckich patroli oraz docierając do jego wschodniego skraju. Jej śladem podążył cały pułk wraz z przydzielonym dywizjonem 30. pułku artylerii lekkiej.
Prawdziwe natarcie w tym miejscu ruszyło około godziny 10.00. Dowódca płk Antoni Chruściel wziął karabin w ręce i — zapewne wzorem ks. Józefa Poniatowskiego — na czele pułku wolnym krokiem ruszył do ataku. Za jego przykładem poszli dowódcy batalionów — na przedzie II batalionu szedł mjr Stefan Pękalski, a III batalion prowadził mjr Kazimierz Klimczak. Co ciekawe, Polacy szli do ataku z pieśnią na ustach — z zachowanych relacji wynika, że żołnierze II batalionu zaintonowali Warszawiankę. W tym czasie wsparcie ogniowe ataku rozpoczęły rozlokowane na skraju lasu „Górki” polskie działa, które według rozkazu miały wystrzelić w stronę Słupi i na jej przedpole łącznie ok. 120 pocisków. Tak natarcie 82. pułku zapamiętał artylerzysta por.
Piotr Mikołajczuk:
Piechota brawurowo podrywa się i idzie do przodu… Żołnierze idą jak na ćwiczeniach, przerzucam ogień na wieś Słupię. 3-cim strzałem zapalam wieś. Widzę jak na tle ognia przebiegają żołnierze nieprzyjaciela. Piechota dochodzi do wzgórza. …Posyłam za wzgórze serię jedną za drugą i tak droga na moim (małym) odcinku zostaje otwarta…
W wyniku przeprowadzonej walki ze Słupi został wyparty niemiecki batalion rozpoznawczy, a 82. pp wywalczył dla całej dywizji drogę odwrotu na Skierniewice i dalej na wschód. Niemcy ponieśli duże straty, a wiele ich sprzętu utknęło w grzęzawiskach powstałych wskutek spuszczenia wody ze stawów.
Na południe od 82. pp nacierał 83. pp. Jego oddziały ok. godziny 11:30 zaatakowały wzdłuż drogi Przyłęk–Jeżów w kierunku na Jeżów i Mikulin.
Pod zmasowanym ogniem nieprzyjaciela natarcie zaległo, ale po wprowadzeniu posiłków oddziały polskie w ciężkim boju zajęły północny skraj Jeżowa.
Zacięte walki wręcz toczyły się m.in. o cegielnię. Niemcy za wszelką cenę musieli powstrzymać polski atak — wszak w Jeżowie stacjonowały sztaby XI KA i 18. DP, osłaniane przez batalion rozpoznawczy i dywizjon przeciwpancerny. Dramatyczna sytuacja zmusiła niemieckie dowództwa, aby do walki kierować właściwie wszystkich żołnierzy — oficerów, pisarzy i kierowców.
Ostatecznie natarcie 83. pp pod Jeżowem załamało się, a pułk uległ rozbiciu, tracąc w walce wielu oficerów. Nieliczne grupy tego pułku wycofały się w stronę Słupi i odeszły na zachód przez wyłom uczyniony przez 82. pp.
Niestety brawurowy i skuteczny atak polskie oddziały przypłaciły bardzo wysokimi stratami, szczególnie dotyczyło to kadry oficerskiej. W bitwie pod Jeżowem poległ dowódca III batalionu mjr Kazimierz Klimczak.
Najprawdopodobniej żołnierze zabrali swego dowódcę na wóz taborowy i pochowali na najbliższym mijanym po drodze cmentarzu w Makowie wraz z dwoma nieznanymi żołnierzami. Dwudziestego ósmego września 1939 r. mjr Kazimierz Klimczak został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari kl. V.
Straty Polaków w bitwie pod Jeżowem były poważne — ok. 1400 żołnierzy, w tym poległych 45 oficerów oraz 420 podoficerów i szeregowców. Wśród kadry oficerskiej i dowódczej zginęli m.in.: dowódca 83. pułku płk Adam Nadachowski, dowódca II batalionu 83. pp mjr Stanisław Kalinowski, dowódca II batalionu 82. pp mjr Stefan Pękalski i dowódca 6. kompanii 83. pp ppor. Waldemar Drejer. Ponad 200 polskich żołnierzy pochowanych zostało na cmentarzu pod Jeżowem, 21 spoczywa na cmentarzu w Słupi, kilkunastu na cmentarzu pod Kołacinkiem, część pochowano na cmentarzu św. Józefa w Skierniewicach (tam jest mogiła płk. Nadachowskiego).
Niemcy stracili co najmniej 141 żołnierzy (tylu pochowanych jest pod Jeżowem). Ale podobno ciała swoich zabitych wywozili również do Tomaszowa Mazowieckiego.
Tekst zawiera fragmenty opracowania pt.:
NAJJAŚNIEJSZY GRÓB NA MAKOWSKIM CMENTARZU. MJR KAZIMIERZ KLIMCZAK - Szymon Nowak
Więcej informacji o opisanej osobie wraz ze spisem źródeł znajduje się w powyższym dokumencie.