Historia ta dotyczy zwykłego człowieka, który w trudnych chwilach dla siebie i narodu, który reprezentuje, przejawiając w całym swoim życiu postawę patriotyczną, staje się dla odbierających go dzisiaj kimś niezwykłym. Czy każdy z nas potrafiłby być takim człowiekiem?
Zastanawiałem się nad tym dość często i nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Jak bowiem odpowiedzieć na takie pytanie, jeśli przez całe swoje życie nie było się w podobnej sytuacji – zarówno osobistej, jak i dziejowej?
Sprawa dotyczy mojej babci ze strony ojca – Marii Czesławy Góreckiej (po mężu Wojtania).
Babcia urodziła się 17 marca 1909 r. w Sosnowcu, w mieszczańskiej rodzinie kolejarskiej. Jej ojcem był Piotr Górecki, matką zaś Rozalia z Borowieckich. Była najmłodsza z rodzeństwa. Miała trzy siostry: Anielę, Eugenię i Aleksandrę oraz czterech braci: Kazimierza Stanisława, Jana, Henryka i Kazimierza.
Matka oraz całe rodzeństwo nie przeżyli wojny. Ojciec Piotr zmarł 23 lutego 1954 r. w Radomsku. Tego samego dnia i miesiąca, trzynaście lat później, urodził się autor tego artykułu.
Na zachowanych rodzinnych fotografiach widzimy dobrze ubranych rodziców i rodzeństwo, pozujące także do zdjęć portretowych. Wykonane techniką nanoszenia fotografii na kartonik, do dziś budzą podziw osób zajmujących się historią fotografii.
Z opowieści babci udało się ustalić, że przedwojenne płyty Jana Kiepury, które jeszcze kilka lat temu znajdowały się w rodzinie, nie trafiły do niej przypadkowo. Mieszkanie Góreckich znajdowało się zaledwie kilka minut drogi od słynnej sosnowieckiej piekarni należącej do rodziców wybitnego tenora.
Babcia wspominała, że nigdy nie spotkała Jana Kiepury, ale w piekarni pojawiał się jego brat Władysław – również znany śpiewak operowy, starszy od niej o pięć lat. Pamiętam chwile, gdy wraz z ojcem śpiewaliśmy słynne: „Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki…”.
Rok 1909 nie był dla Polski szczególny, ponieważ kraj nadal znajdował się pod zaborami, choć wielkimi krokami zbliżało się odzyskanie niepodległości. Czy babcia myślała o tym jako mała dziewczynka? Nic na ten temat nie wiadomo.
Nie wiem również, czym zajmowało się jej starsze rodzeństwo, a mogłoby to wskazać, w jakim duchu była wychowywana. Wiadomo natomiast, że jej ojciec chciał, aby interesowała się turystyką tak samo jak on.
W wieku osiemnastu lat, w 1927 r., ukończyła w Sosnowcu Szkołę Handlową Żeńską im. Królowej Jadwigi, funkcjonującą przy prywatnym Gimnazjum im. Heleny Rzadkiewiczowej. Sytuacja gospodarcza w kraju i na świecie nie pozwoliła jej jednak kontynuować nauki.
Jej zainteresowania od najmłodszych lat koncentrowały się wokół sportu, turystyki oraz strzelectwa, co przekładało się na udział w licznych kursach i zawodach.
Z legitymacji Związku Strzeleckiego dowiadujemy się, że:
od 28 grudnia 1927 r. do 10 lutego 1928 r. uczestniczyła w trzytygodniowym kursie ogólnoorganizacyjnym w Krakowie,
od 18 lutego do 20 marca 1928 r. brała udział w czterotygodniowym kursie przysposobienia wojskowego dla podinstruktorów w Warszawie,
w 1928 r. uczestniczyła w sześciotygodniowym obozie żeńskim PWK w Kościerzynie,
od 15 stycznia do 1 marca 1929 r. ukończyła sześciotygodniowy kurs instruktorski kategorii A w Warszawie.
Z zachowanych fotografii można również potwierdzić jej udział w zawodach strzeleckich w Kielcach 17 lutego 1928 r.
Wydaje się, że wszystkie te działania prowadziły do jednego celu – udziału w III Kursie Juzistek, organizowanym na przełomie lat 1929–1930 w Zegrzu Północnym.
Skąd dowiedziała się o tych szkoleniach, można jedynie przypuszczać. Najprawdopodobniej informacje pochodziły od osób związanych ze Związkiem Strzeleckim.
Związek Strzelecki był ogólnopolską organizacją skupiającą ludzi gotowych służyć Polsce w razie zagrożenia zewnętrznego. Jego celem było również wzmacnianie i utrwalanie odzyskanej niepodległości.
Mottem organizacji były słowa marszałka Józefa Piłsudskiego:
„Każdy żołnierz obywatelem, każdy obywatel żołnierzem”.
oraz:
„Być zwyciężonym i nie ulec – to zwycięstwo. Zwyciężyć i spocząć na laurach – to klęska”.
Od odzyskania niepodległości minęło zaledwie jedenaście lat. Nikt nie wiedział, co przyniesie przyszłość. Społeczeństwo odbudowywało państwo, zmagając się jednocześnie z ogromnymi problemami gospodarczymi.
Szczególnie trudna była sytuacja kobiet na rynku pracy. Mówiono wówczas, że na dziesięciu mężczyzn zatrudnienie otrzymywała zaledwie jedna kobieta. Wiele młodych osób szukało więc sposobu na zdobycie kwalifikacji i odciążenie swoich rodzin.
Centrum Wyszkolenia Łączności w Zegrzu, organizujące kursy Juzistek, kontynuowało tradycje szkolenia specjalistów łączności rozpoczęte już w 1919 r., kiedy powstał Obóz Wyszkolenia Oficerów Wojsk Łączności.
Mimo kilkukrotnych zmian nazwy szkoła funkcjonuje do dziś w tym samym miejscu – w Zegrzu Północnym przy ul. Juzistek.
Obecnie nosi nazwę Centrum Szkolenia Łączności i Informatyki im. gen. bryg. Heliodora Cepy, który podpisał również legitymację kursową mojej babci jako komendant szkolenia.
Na pomniku upamiętniającym stulecie szkoły łączności w Zegrzu można przeczytać:
Łączność w wojsku podczas wojennych wypadków jest taką samą bronią jak armata, karabin maszynowy, jak kuchnia polowa, jak wóz amunicyjny kompanii. Bez łączności bowiem nie ma i być nie może skoordynowanej pracy wojska, nie ma złączenia wysiłków krwawych żołnierza dla odniesienia zwycięstwa i krew ludzka leje się darmo, leje się niepotrzebnie i bez żadnej korzyści dla celu postawionego wojsku szukania zwycięstwa nad nieprzyjacielem. Dlatego też powtarzać zawsze będę, że lepsza jest dobra łączność niż armata, karabin maszynowy, niż kuchnia polowa i wóz amunicyjny
Marszałek J. Piłsudski, rozkaz z 27 marca 1929 r. (o łączności).
Myśl utworzenia kobiecej służby wojskowej, przystosowanej do obsługi i utrzymywania łączności, przypisywana jest Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu. Znajduje to między innymi wyraz w wypowiedzi żony Marszałka, Aleksandry, w książce pt. Wspomnienia. Na stronie 245 tej książki czytamy:
Z zakresu prac wojskowych męża zetknęłam się ze sprawą wyszkolenia Hughesistek. Piłsudski narzekał bardzo na funkcjonowanie łączności w czasie wojny 1920 r. Postanowił też poświęcić zagadnieniu łączności szczególną uwagę. Zdaje się, że w jesieni 1926 r. zdecydował organizację szkoły Hughesistek. Wychodził z założenia, że kobiety są pewniejsze w dotrzymywaniu tajemnic służbowych. A do tego przywiązywał największą wagę.
W latach 1927–1936 odbyło się w sumie 9 kursów trwających od 9 do 10 miesięcy każdy. Najczęściej kursy rozpoczynały się w październiku lub listopadzie, a kończyły w sierpniu roku następnego. Tylko ostatni kurs rozpoczął się w lutym, a zakończył w listopadzie 1936 r. W kursie jednocześnie brało udział około 40 słuchaczek wyłonionych każdorazowo z około 1500 kandydatek. Babcia była uczestniczką III kursu, który trwał od 20 listopada 1929 r. do 25 sierpnia 1930 r.
Kurs kobiecego personelu pomocniczego był niewątpliwie ewenementem w szkolnictwie wojskowym II Rzeczypospolitej, ale też łączność, jak żaden inny rodzaj wojsk nadawała się do tych działań. Kobiety mogły zajmować w niej różne stanowiska zarówno w czasie pokoju, jak i wojny. W Zegrzu zostały dość gruntownie przygotowane w zakresie prowadzenia łączności telegraficznej i telefonicznej – cywilnej i wojskowej. Zasiliły kadry urzędów pocztowych w całej Polsce. Ważnym aspektem tej kwestii, który należy podkreślić, to pomoc udzielana w ten sposób uczestniczkom, w dużej liczbie przypadków sierotom po poległych żołnierzach, córkom urzędników państwowych.
Słowo „juzistka” pochodzi od spolszczonego brzmienia nazwy telegrafu drukującego „juz”, utworzonej od nazwiska jego wynalazcy Anglika D. E. Hughesa. Telegraf ten był pierwowzorem dalekopisu. Według ówczesnych planów (lata 20. XX w.) sieć telegrafów Hughesa o rozwiązaniach technicznych uniemożliwiających podsłuch i rozszyfrowywanie treści depesz miała stanowić, w wypadku wojny, podstawowy środek łączności międzysztabowej dużych jednostek wojskowych. David Edward Hughes opatentował swój system w 1855 r. i był on przez następne dekady powszechnie stosowany przez przedsiębiorstwa telekomunikacyjne w Ameryce, Europie, w tym także w carskiej Rosji. Powszechnie, bo w stosunku do wcześniejszego systemu Morse’a, miał tę zaletę, że przesyłane były litery alfabetu, a treść komunikatu była utrwalana na taśmie papierowej. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, system telegrafii Hughesa był użytkowany aż do wybuchu II wojny światowej, zarówno w komunikacji cywilnej, jak i wojskowej, użytkując aparaty pozostałe w zaborze rosyjskim i nowe zakupione za granicą.
Sieć wojskowych telegrafów juza obejmowała cały kraj, w tym zarówno włączone w system jego obrony urzędy oraz instytucje cywilne, jak i urzędy telefoniczno-telegraficzne, dyrekcje okręgowe kolei państwowych i inne. Tą siecią przekazywano rozkazy Naczelnego Wodza oraz rozkazy i meldunki wielkich jednostek wojskowych. Zatem służba juzistek utrzymujących łączność międzysztabową miała ważne znaczenie w obronie kraju w 1939 r. Juzistki pełniły ponadto inne odpowiedzialne funkcje w całym okresie II wojny światowej. Jednakże ich działalność, walka i ofiary życia nie były po wojnie popularyzowane i z biegiem lat uległy zapomnieniu. Szczególny wpływ wywarły na to trwające ponad cztery dziesięciolecia warunki polityczne powojennej Europy. Nie doczekały się juzistki we wspomnianym okresie należnego uznania, a część z nich zmuszona do pozostania po wojnie na obczyźnie, niemal całkowicie straciła kontakt z Polską.
Kurs przeznaczony dla personelu pomocniczego, czyli juzistek, zorganizowały wspólnie: Ministerstwo Spraw Wojskowych i Ministerstwo Poczt i Telegrafów. Czas trwania podzielono na 4 okresy szkoleniowe, a mianowicie:
Aby móc przystąpić do egzaminu wstępnego, należało złożyć podanie przez szefa (dowódcę) wojsk łączności do ministra spraw wojskowych. Pewną pulę miejsc zarezerwowało dla siebie Ministerstwo Poczt i Telegrafów, stąd też część kandydatek prośby składała do kierownictwa tego resortu.
Kwalifikacje przeprowadzano na kilku etapach. Pierwszy polegał na wstępnej weryfikacji. Odrzucano tu przede wszystkim osoby, które nie spełniały podstawowych warunków. W trakcie drugiego dokonywano badań lekarskich i oceniano sprawność fizyczną. Trzeci etap polegał na badaniu sprawności rąk. Po ich pomyślnym przejściu, przystępowano do sprawdzania posiadanej wiedzy ogólnej z języka polskiego, geografii ogólnej i Polski, historii polski, nauki o Polsce współczesnej, matematyki i fizyki.
Pytania oceniano jako trudne. Każda z kandydatek musiała posiadać szeroki zakres wiedzy, zwłaszcza że konkurencja była bardzo duża, a przyjmowano zaledwie 40–42 osoby.
Podczas trwania szkolenia uczestniczki podlegały kilkukrotnemu sprawdzeniu wiadomości w postaci tzw. repetycji okresowych i na zakończenie egzaminowi z przedmiotów specjalistycznych. Po pomyślnym ukończeniu kursu uczestniczki otrzymywały skierowania do pracy w konkretnym urzędzie pocztowym. Tylko pojedyncze osoby kierowano do pracy w sztabach oddziałów lub związków taktycznych.
Kurs bezpośrednio podlegał komendantowi ośrodka. Jego kadrę dowódczą stanowiły także kobiety, kierowane przez I wiceministra spraw wojskowych. Pierwszą komendantką była Wanda Giertz, którą na tym stanowisku zastąpiła w 1930 r. Elżbieta Gliwicz-Daniłowska. Do pomocy miały one szefową kursu, która prowadziła też zajęcia z wychowania fizycznego i zapewne z tego powodu wyznaczał ją dyrektor Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego.
Przed rozpoczęciem nauki słuchaczki miały obowiązek złożyć pisemną deklarację, w której oświadczały, że po jej zakończeniu co najmniej przez 3 lata będą pracowały w służbie państwowej, a z chwilą ogłoszenia mobilizacji natychmiast zgłoszą się do dyspozycji szefa łączności Naczelnego Dowództwa WP. W przypadku, gdyby nie podporządkowały się tym wymaganiom, musiały zwrócić koszty poniesione na ich edukację.
Warunki, które miały spełniać kandydatki, aby mogły ubiegać się o przyjęcie, były następujące:
Oprócz tego ministerstwa ustaliły listę preferencji. Spełnienie jednego z wymagań powodowało zwiększenie szans przyjęcia na kurs. Dotyczyło to osób, które były:
Kurs „Juzistek” miał ogromną popularność w wielu środowiskach Polski. Sądzić należy, że przyczyniły się do tego warunki, które zaoferowano w Zegrzu. Otóż każda ze słuchaczek otrzymywała uposażenie w wysokości 50 zł miesięcznie, bezpłatne umundurowanie i zakwaterowanie, ryczałt na zakup pomocy szkolnych, bezpłatną opiekę lekarską, 4-tygodniowy urlop płatny po ukończeniu kursu i 50% zniżki przy przejazdach III klasą kolei państwowych. Dla większości uczestniczek, wywodzących się z rodzin niezbyt zamożnych lub będących sierotami, wymienione przywileje miały ogromne znaczenie.
Kształcenie nie obciążało budżetów ich rodzin czy opiekunów.
W czasie szkolenia słuchaczki przyswajały wiedzę i umiejętności z 22 przedmiotów, na które przeznaczono łącznie 1680 godzin. W zdecydowanej większości były to przedmioty specjalistyczne. Oprócz takich, jak: nauka o elektryczności, encyklopedia teletechniki, regulamin służby ruchu telegraficznego, które w zasadzie nie różniły się pod względem stopnia trudności od wykładanych w trakcie innych kursów, pojawiły się nowe, właściwe dla szkolenia juzistek. Należały do nich: ćwiczenia w telegrafowaniu aparatami juza oraz korespondencja juzem, stukawką i morsem na sieci szkolnej; ćwiczenia na aparatach Morse’a; ćwiczenia w telegrafowaniu stukawkami; poczta i administracja; państwowy regulamin służby ruchu telegraficznego i telefonicznego, krajowy i międzynarodowy.
Zdecydowanie najwięcej, ponieważ aż 33% ogółu godzin, przeznaczono na praktyczną pracę na urządzeniach. Nauka telegrafowania podzielona została na cztery etapy. W ciągu pierwszego, trwającego 5 miesięcy, ćwiczono obsługę praktyczną aparatu juza. W drugim, jednomiesięcznym, trenowano synchronizowanie aparatów juza, przesyłanie telegramów o treści różnojęzycznej i szyfrowej, przy czym słuchaczki musiały już stosować regulamin służby ruchu. Na etapie trzecim, w siódmym i ósmym miesiącu nauki, ćwiczono przesyłanie telegramów o treści różnojęzycznej i zaszyfrowanej, zawierających od 400 do 600 słów. W czwartym, trwającym miesiąc, w dalszym ciągu wprawiano się w przesyłaniu telegramów, a ponadto podejmowano pierwsze próby pracy na stacji Juza, Morse’a i stukawkowej, początkowo w wewnętrznej sieci szkolenia. Każdego dnia w grupach liczących 20 osób, słuchaczki wyjeżdżały na praktykę do Głównego Urzędu Telegraficznego do Warszawy.
Celem szkolenia w pracy na aparatach Morse’a było opanowanie i biegłe nadawanie od 60 do 90 znaków na minutę, natomiast ćwiczeń w telegrafowaniu stukawkami – przesyłanie telegramów na słuch, w tempie od 60 do 100 liter na minutę.
Przedmiot poczta i administracja, realizowany w wymiarze 200 godzin, rozpoczynał się zajęciami nt. dziejów poczty światowej i polskiej. W dalszej kolejności przechodzono do omawiania problemów związanych bezpośrednio z funkcjonowanie tej instytucji. I tak nauczano m.in. kwestii dotyczących przesyłek pocztowych, warunków ich przyjmowania, przechowywania, przesyłania i doręczania. Następnie nauczano zasad działania zleceń pocztowych, listów wartościowych i paczek. Prowadzono też zajęcia na temat prenumeraty prasy, procedury związanej z ekspediowaniem różnego rodzaju przesyłek, a także prawnych zasad funkcjonowania poczty.
W ramach regulaminu służby ruchu telegraficznego dokładnie poznawano przepisy korespondencji w wymianie krajowej i zagranicznej. Uwagę słuchaczek zwracano na przestrzeganie zasad tajemnicy treści zawartych w przekazach telegraficznych i rozmowach telefonicznych, znajomość konwencji międzynarodowych i odpowiedzialności poczty za tę korespondencję.
Pozostałe przedmioty z grupy ogólnokształcących i ogólnowojskowych były w zdecydowanej mniejszości. Chodziło o pracę kulturalnooświatową, w której dominowały zajęcia z historii i geografii Polski oraz języki obce, których poznanie było potrzebne do bezbłędnego nadawania tekstów telegramów po niemiecku, francusku i rosyjsku.
Uwagę zwracano także na wychowanie fizyczne i sporty. Odmiennie niż np. podczas kursów podoficerskich, w programie wymieniono konkretną liczbę godzin oraz realizowaną tematykę. Był on niezwykle bogaty w różnego rodzaju ćwiczenia gimnastyczne, gry sportowe, a także uczył organizowania wycieczek turystycznych. Oprócz praktyki prowadzono zajęcia teoretyczne, których tematyka obejmowała wiadomości z metodyki nauczania wychowania fizycznego, a szczególnie: jak prowadzić trening, zaprawę, jak instruować, dostosowywać ćwiczenia do wieku ćwiczących i jak poprawiać błędy występujące w trakcie ich wykonywania.
Oceniając program nauki oraz treści występujących w nim przedmiotów, należy stwierdzić, że spełniał on oczekiwania zarówno samych uczestniczek, jak i ich przyszłych pracodawców. Był to niewątpliwie jeden z najstabilniejszych programów szkoleń odbywających się w zegrzyńskim ośrodku.
Podczas trwania kursów wielokrotnie w Zegrzu gościli Prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki oraz Marszałek Józef Piłsudski. Na kilku zdjęciach, które posiadała babcia, możemy zobaczyć Prezydenta. Niestety nie zachowały się zdjęcia z Marszałkiem, który do końca życia babci pozostawał jej idolem.
Przed rozpoczęciem kursu babcia poznała się z Zygmuntem N. (nazwisko do dzisiaj nierozpoznane) członkiem Związku Strzeleckiego w Sosnowcu, który z nieznanych mi przyczyn kibicował jej oraz jej koleżance Aurelii Nalewczyńskiej podczas kursu Juzistek oraz w okresie powojennym. Znajomość ta trwała co najmniej do 1948 r. W okresie trwania kursu Zygmunt przesyłał wspaniałe listy okraszone ciekawymi rysunkami pokazującymi, jaki wpływ miała ówczesna sytuacja polityczna na postrzeganie Polski i jej sąsiadów. Znajdują się tam również szkice pokazujące sposób oddziaływania na siebie przyszłych żołnierzy i żołnierek. Po wojnie Zygmunt osiadł w Anglii, skąd pomagał babci w poszukiwaniach zaginionego męża.
Po zakończonym kursie Maria decyzją Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Katowicach została oddelegowana do pracy na aparatach juza do urzędu telegraficznego w tym mieście. Pracowała tam do wybuchu wojny w 1939 r., co poświadczają zachowane legitymacje.
W międzyczasie babcia nie zapomniała o swoich zainteresowaniach sportem. W 1934 r. otrzymała Państwową Odznakę Sportową III klasy 2. stop- nia i w 1935 r. wzięła udział w zawodach IV okręgu Poczt w Katowicach, co potwierdza „Dziennik Ilustrowany” Siedem groszy z 31 VIII 1935 r. Babcia wzięła udział w dwóch konkurencjach (biegu na 60 m oraz skoku w dal) z bardzo dobrymi rezultatami.
Na początku lat 30. babcia poznała wspaniałego mężczyznę, przyszłego męża, a mojego dziadka Franciszka Wojtania. Dziadek uczęszczał do Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty w Zambrowie, kiedy w 1932 r. para wzięła ślub w mieście rodzinnym dziadka – Radomsku. Rodzice dziadka i babci pochodzili z mieszczańskich rodzin kolejarskich. Dziadek również pracował na kolei. Z opowiadań babci wynikało, że bardzo dbał o porządek wokół siebie i w pracy. Charakterystycznym codziennym rytuałem było poranne wyjście w białych rękawiczkach w celu inspekcji wagonów pociągów, które miały wyruszyć w trasę. W przypadku wykrycia jakiegokolwiek kurzu na rękawiczkach wagon był ponownie sprzątany. Historia rodziny dziadka jest bardzo zawiła i prawdopodobnie będzie przedstawiona w oddzielnym opracowaniu. Do tej zawiłości wrócę jeszcze w końcowej części artykułu.
W 1936 r. urodziło się jedyne dziecko babci i dziadka Tadeusz Wojtania (mój ojciec).
W dniu 12 maja 1939 r. Maryla (tak wszyscy zwracali się do babci) została zmobilizowana i przydzielona do pracy na aparatach Hughesa do sztabu 23. Dywizji Piechoty w Katowicach i tam skoszarowana.
W ostatnim dniu sierpnia 1939 r. została powiadomiona o przeniesieniu do kompanii łączności w OWAR (Obóz Warowny Śląsk). Jednak z powodu naporu Niemców już 2 września 1939 r. opuściła Katowice w składzie tej kompanii, z którą posuwała się na wschód aż do Rawy Ruskiej. W tym miejscu wszystkie jednostki zostały rozbrojone przez Niemców.
W dniach 25–27 września 1939 r. wróciła do miejsca zamieszkania – Ząbkowic Będzińskich, które wkrótce zostały włączone do Rzeszy. Nie zgłosiła się do pracy w Urzędzie Telekomunikacyjnym. Do 1941 r. pracowała przy pieleniu szkółek leśnych.
Drugiego marca 1941 r. została przyjęta do Związku Walki Zbrojnej (ZWZ). Praca jej polegała na kolportażu prasy podziemnej dostarczanej z tzw. Gubernatorstwa. Wraz z mężem Franciszkiem miała duży udział w ukrywaniu i przerzucie uciekinierów z obozów jenieckich przez granicę do Guberni. Zajmowali się razem podrabianiem dokumentów oraz kartek żywnościowych.
Trzeciego września 1943 r. udało im się uniknąć aresztowania przez gestapo i uciec wraz z synem Tadeuszem z tzw. Warthegau (Kraju Warty) przez „zieloną granicę”. Babcia ukrywała się u rodziny w Radomsku, gdzie wkrótce została skontaktowana z kierownictwem AK (Armii Krajowej). Na początku skierowano ją do Józefy Wolskiej ps. „Ewa” – szefowej organizacji oddziału, która zleciła jej pracę łączniczki. U Józefy Wolskiej organizowano „lewe” dokumenty do Kennkart, u niej przechowywany był aparat radiowy do nasłuchu wiadomości.
U niej także od końca powstania warszawskiego znajdował się aparat nadawczy obsługiwany przez Bolesława Trzaskowskiego ps. „Śmiały”. Jednocześnie u Józefy Wolskiej był punkt kolportażu prasy podziemnej oraz sekretariat sądu oddziałów leśnych.
Maryla na polecenie komendy przyjęła pracę sprzątaczki i pomocy kuchennej w gestapo. Praca ta dała jej możliwość dotarcia do wiadomości, takich jak dalekopisy, obserwacje konfidentów, przekazywanie informacji o aresztowanych czy akcjach gestapo. Wykradała wraz ze swoją koleżanką broń, amunicję, a nawet granaty i przekazywała je do Józefy Wolskiej.
W tym czasie u Józefy Wolskiej ukrywani byli ciężko ranni partyzanci, byli opatrywani i leczeni przez lekarza szpitala powiatowego. Praca w gestapo trwała aż do ucieczki Niemców i wkroczenia Armii Radzieckiej do Radomska 16 stycznia 1945 r.
Informacje te potwierdziła 4 maja 1971 r. dla ZBOWiD, w Oświadczeniu świadka, Maria Branicz ps. „Danka” z d. Kołodziejczyk, która pracowała z babcią w gestapo. W oświadczeniu czytamy między innymi:
„Dzięki jej dokładnym informacjom i danym na piśmie zostali zlikwidowani na terenie miasta Radomska konfidenci”.
Jedynie z tego dokumentu dowiadujemy się, że babcia miała pseudonim „Maria”. Babcia nigdy o tym nie wspominała.
Wśród dokumentów pozostawionych przez babcię znajdują się dwie Kennkarty wystawione w Piotrkowie Tryb. w 1943 r. – jedna na właściwe imię i nazwisko Maria Wojtania (Wojtaniowa) i druga tzw. lewa ze zdjęciem babci, ale na nazwisko Maria Walusińska z d. Wrześniowska.
Inne ciekawe dokumenty to:
Wymieniony wyżej Bolesław Trzaskowski ma swoje miejsce w informacjach zawartych na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego. Czytamy w powstańczych biogramach:
Bolesław Trzaskowski ps. „Śmiały” – dowódca radiostacji, podporucznik czasu wojny.
Udział w konspiracji do 1944 r.:Komenda Główna Armii Krajowej – Oddział V (Dowodzenie i Łączność) – batalion radiotelegraficzny „Iskra” – dowódca radiostacji.
Szlak bojowy w powstaniu warszawskim:Stare Miasto – kanały – Śródmieście Północ.
Losy po powstaniu:wyszedł z Warszawy z ludnością cywilną.
Odznaczony Krzyżem Virtuti Militarii V klasy oraz Krzyżem Walecznych.
Zmarł 1 III 1995 r. w Sydney w Australii.
(https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/boleslaw-trzaskowski,46464.html)
Brak jednak informacji, że to Maryla ukrywała go od zakończenia powstania warszawskiego w mieszkaniu w Radomsku, a potem pomogła mu w ucieczce przed sowietami i nowymi władzami Polski Ludowej najpierw do Rzymu, skąd Bolesław wysłał 27 IV 1947 r. swoje zdjęcie z adnotacją:
„Prawdziwej Przyjaciółce Marii Wojtaniowej dla wspomnień z ciężkich przeżyć konspiracyjnych przeciwko Niemcom Śmiały–Trzaskowski”.
Następnie wyjechał do Australii. Przez wiele lat po wojnie korespondowali. Bolesław pomagał babci, tak jak Zygmunt N., w poszukiwaniu zaginionego w zawierusze wojny męża.
Jeśli chodzi o wojenne losy Juzistek, to były one bardzo różne:
Juzistki przysłużyłyby się bardziej Ojczyźnie, jeśli kurs ukończyłoby ich więcej niż 360. Były dobrze przygotowane do działań w okresie wojny, ale ich mała liczba oraz przeprowadzony przez Niemców Blitzkrieg – wojna błyskawiczna w 1939 r. – nie pozwoliły na ich szersze wykorzystanie.
W książce Jerzego Z. Kocota „Juzistki” można znaleźć opisy losów wojennych i powojennych kilkunastu Juzistek (losy babci nie były znane przez tego autora). Do czasu wydania książki Kocot zidentyfikował 5 z 37 słuchaczek kursu, w którym brała udział babcia.
Dodatkowo jest w niej wiele ciekawych informacji niezawartych w moim opracowaniu, dlatego też zachęcam zainteresowanych pogłębieniem wiedzy o tak mało znanym epizodzie dotyczącym łącznościowców – kobiet Juzistek. Jest to jedyna książka dotycząca tej tematyki, tym bardziej warto zaznajomić się z informacjami tam zawartymi.
Dopiero w 1991 r. państwo polskie zaczęło przypominać historię kobiet Juzistek – babcia tego nie doczekała.
Mąż Maryli – Franciszek Wojtania – w styczniu 1944 r. otrzymał rozkaz powrotu na Górny Śląsk, gdzie po licznych aresztowaniach należało uzupełnić grupy organizacyjne.
Niestety w dniu 10 lutego 1944 r. po doniesieniu konfidenta został aresztowany wraz z wieloma innymi organizatorami ruchu oporu. Cztery miesiące przebywał w obozie w Opolu, kolejne 4 miesiące w więzieniu w Mysłowicach, a od października do ewakuacji obozu w lutym 1945 r. w obozie koncentracyjnym w Gross-Rosen, skąd już nie powrócił.
Obecnie jestem w posiadaniu nowych faktów z życia dziadka, ale tę historię opowiem w kolejnym artykule.
Babcia po wojnie chwilę mieszkała u rodziny męża w Piotrkowie Trybunalskim. Potem powróciła do pracy w Urzędzie Telekomunikacji w Katowicach.
W 1948 r. przeniosła się do rodziny (nie wiem niestety, kogo babcia miała na myśli) na Dolny Śląsk i rozpoczęła pracę w Zakładzie Ceramiki Budowlanej w Olszynie Lubańskiej i Jerzmankach.
W 1952 r. przeniosła się do Zakładów Dziewiarskich w Siekierczynie. W 1954 r. na skutek choroby płuc otrzymała rentę inwalidzką II grupy. Intensywne leczenie pozwoliło jej powrócić do pracy i w 1961 r. po przeprowadzce do Lubania Śląskiego objęła stanowisko sekretarki w liceum ogólnokształcącym, gdzie pracowała do 1975 r., tj. do przejścia na emeryturę.
Przez wszystkie te lata pracowała jednocześnie społecznie w wielu organizacjach, takich jak:
W latach powojennych babcia związana była krótko z dwoma mężczyznami o tym samym imieniu co dziadek – co za zbieg okoliczności!
Ostatnim z nich był Franciszek Pajączkowski, który zaraz po wojnie przeniósł zbiory Muzeum Ossolińskich we Lwowie do Wrocławia. Był pierwszym dyrektorem Ossolineum we Wrocławiu (od 1951 r.) i wykładowcą Uniwersytetu Wrocławskiego (od 1958 r.).
Według informacji mojej mamy wszystko było przygotowane do wesela, kiedy to w 1970 r. Franciszek niespodziewanie zmarł.
Od 1989 r. Jeleniogórska Liga Ochrony Przyrody szczyciła się posiadaniem „Księgi Zasłużonych” działaczy LOP w woj. jeleniogórskim. Wśród pierwszych czterech osób wpisanych do księgi znalazło się nazwisko Marii Wojtania, o której napisano:
Od wczesnych lat działaczka organizacji społecznych i patriotycznych, w latach 1961–1989 całym sercem i umiejętnościami zaangażowana w pracach LOP. Przez 28 lat była skarbnikiem Zarządu Oddziału Miejskiego LOP w Lubaniu Śl. Była współautorką wielu opracowań do wniosków o objęcie obiektów przyrodniczych ochroną prawną m.in. na pomnik przyrody nieożywionej „Bukowa Góra”, na stanowiska rosiczki w Gminie Lubań” (Srebrny Jubileusz Społecznej Działalności Jeleniogórskiej Ligi Ochrony Przyrody 1988–2013).
Maria Wojtania otrzymała wiele odznaczeń, w tym: Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż AK (uznawała go za najważniejsze swoje odznaczenie), Zasłużony dla miasta Lubania, Zasłużony dla Województwa Jeleniogórskiego, Odznaki LOP srebrną i złotą i Zasłużony dla ochrony przyrody.
Uwielbiała różnego rodzaju rajdy piesze szczególnie po ukochanych terenach Dolnego Śląska, z czego pozostało kilkadziesiąt odznak (jej ojciec byłby dumny).
Inną wielką pasją była filatelistyka, którą zaraziła swego wnuczka, czyli mnie (tradycja ta jest kultywowana, ale raczej nikt z rodziny jej nie przejmie – a szkoda).
Maria Wojtania zmarła w Lubaniu 2 grudnia 1989 r.
Tekst zawiera fragmenty opracowania pt.:
MARIA GÓRECKA (WOJTANIA) – JUZISTKA. HISTORIA ZE SKIERNIEWICAMI W TLE - Marek Wojtania
Więcej informacji o opisanej osobie wraz ze spisem źródeł znajduję się w powyższym dokumencie.