Wróć do listy Biografii Skierniewiczan

Jestem dumny

Źródła bibliograficzne:

02 czerwca 2026

Drążkiewicz Stefan „Murzynek”

Dokumenty dotyczące początków historii rodziny naszego bohatera można znaleźć w Węgleszynie k. Kielc. To tam urodził się jego dziadek, również Stefan. Utrzymywał się z roli, ale był także organistą w węgleszyńskim kościele pw. św. Andrzeja Apostoła.

Wraz ze swoją żoną Aleksandrą z Binkiewiczów mieli piątkę dzieci: Helenę, Aleksandra, Władysława, Mieczysława i Juliana – ojca „Murzynka”. Dwudziestoośmioletni Julian Drążkiewicz zawarł 12/25 września 1909 r. w Częstochowie związek małżeński z dziewiętnastoletnią Martą Eugenią z Płońskich.

Julian mieszkał wówczas w Warszawie i był pomocnikiem maszynisty Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, natomiast Marta, urodzona na warszawskich Bielanach, mieszkała wraz z rodzicami (Wincentym i Julianną z Wielowiejskich) w Częstochowie.

 

Łódź

Następny ślad rodziny odnajdujemy w Łodzi, gdzie 22 kwietnia 1925 r. urodził się Stefan Janusz Drążkiewicz. Jego ojciec był już w tym czasie samodzielnym maszynistą kolejowym, a matka nauczycielką. Oprócz syna mieli również córkę Zofię.

Rodzina mieszkała przy ul. Radwańskiej 69, niedaleko dworca kolejowego Łódź Kaliska, miejscu pracy ojca. W 1932 r. Stefan, używający w rodzinie drugiego imienia Janusz, rozpoczął naukę w szkole powszechnej im. Stefana Żeromskiego.

W 1935 r. rodzina zmieniła miejsce zamieszkania na pobliskie nowo wybudowane osiedle na Polesiu Konstantynowskim, w sąsiedztwie łódzkiego Parku Ludowego. Murowane bloki zlokalizowane były pomiędzy ulicami: Srebrzyńską, Jarzynową i al. Unii Lubelskiej. Była to wówczas nowoczesna zabudowa zarówno pod względem funkcjonalności, jak i architektury.

Mieszkania były widne, z balkonami, posiadały kuchnie ze spiżarniami oraz łazienki. W latach trzydziestych było to jedno z najnowocześniejszych osiedli w Łodzi. W planach miało zostać uzupełnione kinem z kawiarnią i czytelnią, stacją opieki nad matką i niemowlęciem (tzw. Kropla Mleka), szkołą powszechną dla chłopców, szkołą powszechną dla dziewcząt, szkołą wieczorową, przedszkolem i administracją.

Niestety wybuch wojny przerwał te śmiałe zamierzenia. Można się domyślać, że rodzinie żyło się dostatnio, na co pozwalały zarobki ojca, maszynisty kolejowego w kwocie ok. 400–600 zł miesięcznie, oraz matki nauczycielki – ok. 200 zł miesięcznie. W tym samym czasie robotnik zarabiał ok. 130 zł, a służba domowa czy gospodynie otrzymywały średnio miesięcznie tylko 21 zł.

Rodzina mieszkała najpierw przy ul. Srebrzyńskiej 83, a następnie przy al. Unii Lubelskiej 18/5 na tym samym osiedlu. Po śmierci ojca „Murzynka”, który zginął w wieku 58 lat w wypadku kolejowym w styczniu 1939 r., uposażenie rodziny znacznie się obniżyło. Matce trudno było zapewnić dzieciom poprzedni poziom życia.

Stefan uczęszczał do państwowego gimnazjum przy ulicy Pierackiego 11, dzisiaj Roosevelta. W roku szkolnym 1939/40 miał rozpocząć naukę w klasie III. Niestety plany matki dotyczące wykształcenia dzieci zniweczyła wojna, która doświadczyła Łódź już 2 września nalotami bombowymi.

Niemieckie lotnictwo zbombardowało m.in. stację Łódź-Kaliska i pobliskie domy mieszkalne przy ul. Karolewskiej, w niedalekiej odległości od mieszkania Drążkiewiczów. Mieszkańcy starali się chronić w nielicznych schronach, rowach przeciwlotniczych i piwnicach domów.

Dnia 5 września nastąpiła ewakuacja łódzkich urzędów i instytucji. Równocześnie rozpoczęła się masowa ucieczka mieszkańców, kierujących się szosą brzezińską w stronę Warszawy. Dnia 9 września do Łodzi wkroczyły wojska niemieckie.

Czternastoletni wówczas Stefan wraz z siostrą i matką pozostali w mieście, próbując przeczekać pierwsze tygodnie okupacji. Dnia 16 września władzę nad miastem objął niemiecki Komisarz Miasta Albert Leister. Najwyższą władzą administracji cywilnej w Łodzi był wówczas Zarząd Cywilny przy dowództwie 8. Armii Niemieckiej.

Początkowo Łódź została wcielona do Generalnego Gubernatorstwa, ale już 9 listopada ogłoszono włączenie miasta do III Rzeszy w ramach tzw. Kraju Warty (Wartheland). Wkrótce zmieniono dotychczasową nazwę miasta. Zamiast niej pojawiło się Litzmannstadt, nazwane na cześć Karla Litzmanna, pruskiego generała, bohatera tzw. bitwy łódzkiej z czasów I wojny światowej.

Herbem miasta przestała być łódka, a została nim podwójna swastyka na niebieskim tle. Większość ulic w mieście zmieniła nazwy na niemieckie. Ulica Piotrkowska stała się Adolf Hitler Strasse, plac Wolności zamienił się w Deutschland Platz, a al. Unii Lubelskiej, przy której mieszkali Drążkiewiczowie, przemianowano na Sport Allee.

Przestały ukazywać się polskie gazety, zamarło życie kulturalne i oświatowe, a matka Stefana jako nauczycielka straciła pracę. Wraz z wcieleniem w granice III Rzeszy następował systematyczny proces germanizacji.

Władze okupacyjne rozpoczęły usuwanie Polaków z mieszkań. Dnia 11 grudnia 1939 r. wyrzucono z osiedla na Polesiu Konstantynowskim pierwsze rodziny. Kolejnych kilkanaście wygnano w noc sylwestrową. Największa akcja wysiedleńcza została przeprowadzona w dniach 14–15 stycznia 1940 r., kiedy to hitlerowcy wysiedlili ok. 5 tysięcy pozostałych mieszkańców osiedla.

Wszystko odbywało się nocą. Mieszkańców budzono waleniem w drzwi. Do mieszkań wchodzili volksdeutsche pełniący funkcje tłumaczy wraz z uzbrojonymi Niemcami, nakazując zaskoczonym rodzinom opuszczenie mieszkań. Dawano im 15–20 minut na ubranie się i zabranie najpotrzebniejszych rzeczy.

Na osobę dorosłą przypadało 200 złotych gotówką i 25 kilogramów bagażu, na dziecko połowa limitu. Nie wolno było zabierać złota, kosztowności, papierów wartościowych, pościeli, mebli i bagażu na wózkach. Kazano wszystko zostawić na potrzeby III Rzeszy.

Wygodne i w pełni wyposażone domy wraz z dobytkiem czekały na nowych mieszkańców. Byli nimi urzędnicy niemieccy z terenów III Rzeszy oraz Niemcy sprowadzeni z krajów nadbałtyckich, Besarabii, Bukowiny oraz Wołynia.

Drążkiewiczowie wraz z innymi wyruszyli w mroźną noc. W „makabrycznym marszu przez całą Łódź”, jak pisała w swoich wspomnieniach siostra „Murzynka” Zofia Stochwicz-Wizner z d. Drążkiewicz, stłoczono ich w dawnej fabryce tkanin Gliksmana przy ul. Łąkowej 4, gdzie znajdował się Centralny Obóz Przesiedleńczy (Durchgangslager I der Umwandererzentralstelle Posen, Dienststelle Litzmannstadt).

Na dziedzińcu wysiedlonych rejestrowano, a następnie pędzono do nieogrzewanych pofabrycznych hal, w których przeprowadzano segregację. Dzieci o nordyckich rysach przeznaczano do germanizacji, a sprawne i młode osoby wywożono na przymusowe roboty w głąb Rzeszy.

Pozostałych wywożono na tereny znajdujące się w granicach Generalnego Gubernatorstwa i zasiedlano nimi powiaty: opoczyński, piotrkowski, łowicki, skierniewicki oraz Podkarpacie.

Mieszkania pozostawione przez Polaków zostały zaplombowane. Władze niemieckie zagroziły śmiercią każdemu, kto złamie zakaz wchodzenia do opuszczonych mieszkań.

Mimo tego zakazu czternastoletni wówczas Stefan wraz ze swoim kuzynem Wiesławem Płońskim (późniejszym żołnierzem AK ps. „Wilczek”) przekradli się przez ogrodzenie obozu, wrócili do swoich zaplombowanych mieszkań i na dziecięcych sankach przewieźli część pozostałego dobytku, który mogli załadować do babci Płońskiego, p. Łuczakowej.

Babcia dała im woreczek ugotowanych ziemniaków i cebuli. W obozie przy ul. Łąkowej panował głód, a prowiant, który przywieźli, wystarczył na kilka dni. Udało im się również odzyskać tak potrzebne dokumenty osobiste rodziny, w tym metryki urodzin i legitymacje.

Była to chyba pierwsza samodzielna akcja chłopców przeciwko hitlerowcom. Te młodzieńcze działania Stefana pozwalają zrozumieć, dlaczego w późniejszym, niestety krótkim, dorosłym życiu był tak odważnym i nieugiętym człowiekiem.

Po trzymiesięcznym pobycie w obozie Drążkiewiczowie zostali wraz z pozostałymi wysiedlonymi wywiezieni nocą w wagonach towarowych do Starachowic. Inni łodzianie trafili m.in. do Opoczna i Radomia.

Po przybyciu do Starachowic zostali załadowani na chłopskie furmanki i rozwiezieni do pobliskich wsi. Niestety nie jest znana nazwa miejscowości, w której zostali ulokowani, ale siostra Stefana pamięta, że zamieszkali u pp. Nowaków, którzy okazali się „wspaniałymi, serdecznymi ludźmi, z którymi przyjazne kontakty przez wiele lat utrzymywała nasza matka”.

Przed ulokowaniem „modliliśmy się, żeby trafić na dobrych ludzi”. Okazało się, że rodzina Nowaków modliła się o to samo.

Po około miesiącu siostra Stefana, Zofia, pożyczyła pieniądze i przewiozła rodzinę do Skierniewic. Przenosiny najprawdopodobniej podyktowane były znalezieniem kontaktu z solidarną bracią kolejarską, która zawsze wspierała się nawzajem bez względu na zajmowane stanowiska. Gościny użyczyła im również kolejarska rodzina maszynisty Wacława Giernatowskiego, mieszkająca przy ul. Bielańskiej 35.

 

Skierniewice

Pod koniec 1940 r. Stefan został zarejestrowany jako pracownik szpitala, a niedługo później przyjął go do swojej kancelarii adwokackiej mecenas Zygmunt Jasiński.

Mając szesnaście lat, wstąpił do konspiracyjnej Komendy Obrońców Polski (KOP), będącej jedną z pierwszych podziemnych organizacji w okupowanym kraju, powstałej już pod koniec września 1939 r. Komenda Obrońców Polski powstała z inicjatywy oficerów Korpusu Ochrony Pogranicza. Stąd symboliczna zbieżność skrótów KOP.

Utworzony jako pierwszy Okręg Warszawski szybko stał się głównym ośrodkiem konspiracji. Komenda Główna mieszcząca się w Warszawie dzieliła się na Wydział Bezpieczeństwa, Wydział Wywiadu, Wydział Bojowy, Wydział Informacji, Wydział Propagandy, Wydział Akcji Kobiet i Wydział Kolejowy, który odegrał dużą rolę w tworzeniu zrębów konspiracji skierniewickiej.

Teren Skierniewic podlegał Zygmuntowi Malanowskiemu ps. „Turkus”. Grupa, którą dowodził, obejmowała swoim działaniem Warszawę oraz m.in. Skierniewice, Żyrardów, Łowicz, Kutno i Grójec.

Głównym zadaniem Wydziału Kolejowego było przemycanie ludzi oraz przesyłek przez granice Generalnej Guberni. Punktem kontaktowym dla kolejarzy był lokal przy ul. Częstochowskiej w dzielnicy Ochota, niedaleko dworców: Zachodniego i Głównego.

Wkrótce w ramach wydziałów rozpoczęto tworzyć podstawowe grupy bojowe składające się z trzech trzyosobowych patroli oraz dowódcy. W KOP bardzo szybko rozpoczęto pracę z młodzieżą. Objęto działaniem organizacyjnym młodzież od 12 do 18 lat. Stąd tak szybkie przyjęcie w struktury organizacji 16-letniego wówczas Stefana Drążkiewicza.

Głównym celem było przeciwdziałanie rosnącej demoralizacji młodzieży, potęgowanej przez niemiecką propagandę. Organizowano nauczanie oraz inspirowano młodych ludzi do samokształcenia.

Wydawano dla młodzieży pismo „Orlęta”, które było głównym materiałem propagandowym oprócz pisma „Polska Żyje”. Wydział Propagandy wydawał także inne gazetki, jak „Biuletyn Radiowy”, „Chłopski Bój” i „Wici”, kierowane do mieszkańców wsi. W Małopolsce ukazywały się „Komunikat OP”, „Polska Walczy”, na Śląsku „Mściciel” i „Leć Orle Biały”.

Polacy bardzo wysoko oceniali działalność propagandy KOP, która miała szeroki kolportaż m.in. poprzez Wydział Kolejowy.

Skierniewicki oddział KOP został utworzony przez kolejarza Zygmunta Kempińskiego ps. „Boruta”, w którego gospodarstwie mieściła się siedziba Oddziału Sabotażowo-Dywersyjnego (ul. Mazowiecka 5, obecnie Partyzantów).

Bardzo szybko zorganizował on podstawową komórkę ze swoich kolegów: Jana Jakubowskiego, Henryka Bernata, Zygmunta Gorzkowskiego, Tadeusza Kowalskiego, Witalisa Krzyżanowskiego i Wincentego Strumidło.

Wkrótce organizacja rozrosła się do ok. dwudziestu osób, a 26 lutego 1942 r., czyli w momencie scalenia z Armią Krajową, wprowadziła w jej struktury aż 380 zaprzysiężonych, dobrze wyszkolonych konspiratorów.

W początkowym okresie skierniewicki KOP zajmował się kolportażem i propagandą. Osobą odpowiedzialną za te działania był wnuk powstańca styczniowego Gracjan Brzostek ps. „Piguła”, właściciel restauracji w Skierniewicach.

Niestety już w marcu 1940 r. Gestapo wpadło na ślad KOP w Toruniu, w Okręgu Pomorskim. Aresztowania i brutalne śledztwa doprowadziły do rozbicia konspiracji pomorskiej, ale skierowały się również do Warszawy.

Gracjan Brzostek został aresztowany w Warszawie w czerwcu 1941 r. i uwięziony na Pawiaku, gdzie był członkiem więziennej straży ogniowej. Przewieziony następnie do Oświęcimia i rozstrzelany 14 czerwca 1943 r. jako nr 18173 pod Ścianą Śmierci. Osierocił żonę i syna. W długim śledztwie nie wydał towarzyszy broni. Szczęśliwie na nim urwał się trop prowadzący do Skierniewic.

W tym samym czasie w mieście sprawnie działał Wydział Kolejowy zajmujący się również sabotażem. Kolejarze wsypywali do układów jezdnych wagonów proszek korundowy zacierający hamulce, piasek do panewek osi, przepalali paleniska parowozów, nie rozgarniając w nich węgla.

W 1941 r. w ramach Komendy Obrońców Polski powstał Oddział Sabotażowo-Dywersyjny, kierowany najpierw przez por. Wiklinę Borowskiego ps. „Boleszczyc”, a następnie, zdecydowanie najdłużej, przez por. Jerzego Gójskiego ps. „Doliwa”.

 

Oddział Sabotażowo-Dywersyjny

Pierwszymi żołnierzami oddziału byli: Stefan Ciesielkiewicz „Cichy”, Edward Kostusiak „Kostek”, Tadeusz Kowalski „Roztropny” i Wiesław Ryk „Andrzej”. To oni do końca okupacji stanowili trzon najstarszych i najbardziej doświadczonych konspiratorów.

Oddział miał za zadanie prowadzenie bieżącej walki zbrojnej, jak również zdobywanie broni oraz sprzętu wojskowego. Szybko zwiększała się liczebność żołnierzy.

W takich warunkach w 1941 r. do oddziału został przyjęty szesnastoletni Stefan Drążkiewicz, który obrał sobie na potrzeby konspiracji pseudonim „Murzyn”, nawiązujący do jego dość wydatnych warg. Niemniej jednak przez starszych kolegów nazywany był zdrobniale „Murzynkiem”.

Podobnie jak każdy z żołnierzy, na ręce swojego dowódcy por. Gójskiego złożył przysięgę:

„Wstępując w szeregi Obrońców Polski, przysięgam Bogu i Ojczyźnie: rozkazy władz organizacyjnych dokładnie i ochoczo i bez wahania wypełniać, tajemnic organizacyjnych nikomu dobrowolnie ani pod przymusem nie zdradzić, sprawie wyzwolenia Ojczyzny służyć aż do ostatecznego zwycięstwa. Tak mi dopomóż Bóg.”

W odpowiedzi usłyszał:

„Kolego! Przyjmuję Was w szeregi Obrońców Polski. Przed chwilą złożyliście przysięgę. Za złamanie grozi wielka odpowiedzialność przed władzami organizacyjnymi, a jeszcze większa przed Bogiem.”

Przeżycia łódzkiej gehenny z lat 1939–1940 pozostawiły głęboki ślad w psychice młodego człowieka, który w każdej akcji przeciw Niemcom wykazywał wysokie zaangażowanie.

Po odbytym szkoleniu i przebywaniu wśród doświadczonych kolegów „Murzynek” stał się jednym z najlepszych żołnierzy oddziału. W codziennym życiu skromny, łagodny i koleżeński, zmieniał się w trakcie akcji bojowych w zdecydowanego, doskonałego strzelca o pewnej ręce i oku.

Wiedząc, że Komenda Podokręgu Zachodniego przywiązywała szczególną wagę do węzła skierniewickiego, często sam, na własną rękę podejmował akcje przeciwko Niemcom, za co był dyscyplinowany przez dowódcę.

Rozbrajał Niemców, wrzucał na wagony towarowe zapalniki z opóźnionym zapłonem, których wybuch następował wiele kilometrów poza terenem Skierniewic. Mieszkając na skierniewickich Bielanach, tuż przy linii kolejowej, miał wiele okazji do uprzykrzania życia okupantowi.

Bielany, położone w bezpośredniej bliskości Puszczy Bolimowskiej, były terenem, na którym mieszkało wielu żołnierzy z Oddziału Łączności i Ochrony Sztabu podch. Kazimierza Markiewicza „Pika”. Miał wśród nich kolegów, m.in. mieszkającego niedaleko na sąsiedniej ul. Nowobielańskiej, starszego o rok Leszka Żelechowskiego ps. „Sokół”, dowódcę drużyny gońców.

Czasami zresztą brał udział „gościnnie” w akcjach i tego oddziału. Z Leszkiem Żelechowskim zaprzyjaźnił się dość szybko z powodu bliskości zamieszkania, podobnych charakterów, a także spotkań ojca Leszka – Stanisława, kolejarza, kolegi z pracy p. Giernatowskiego, u którego mieszkali Drążkiewiczowie.

Skierniewicki obwód „Sroka” wchodził w skład Podokręgu Zachodniego „Hallerowo” w ramach Obszaru Warszawskiego ZWZ-AK.

Dowodzony był w trakcie okupacji kolejno przez czterech komendantów:

  • por. Marek Karski „Stopa” (X 1939 – III 1940)
  • kpt. Czesław Kayzer „Cezary” (III 1940 – VII 1941)
  • kpt. Lucjan Zieliński „Giewont” (VII 1941 – VII 1943)
  • kpt. Wiktor Janiszewski „Dębicz” (VII 1943 – I 1945)

 

Składał się z komórek organizacyjnych i oddziałów. Komórkami były: propaganda i kolportaż, referat taktyczno-szkoleniowy, wywiad i kontrwywiad, łączność i współpraca z władzami cywilnymi, kwatermistrz oraz oficer broni.

Oddziałami w sensie bojowym były:

  • Oddział Łączności i Ochrony Sztabu
  • Oddział Sabotażowo-Dywersyjny (macierzysty oddział Stefana Drążkiewicza)
  • Oddział Specjalny

 

Wchodzący w skład AK Oddział Sabotażowo-Dywersyjny w trakcie okupacji przeprowadził liczne akcje przeciwko Niemcom.
W wielu z nich brał udział Stefan Drążkiewicz.

Najbardziej znane i opisane przez byłych żołnierzy to:

  • akcja na koszary byłego 18. pp w celu spalenia zapasów przed wysyłką na front wschodni (2 IV 1943)
  • rekwizycja pieniędzy niemieckiej Komunalnej Kasy Oszczędności – zdobyte pieniądze przeznaczono później na pomoc wysiedlonym po Powstaniu Warszawskim mieszkańcom stolicy (VI 1944)
  • zasadzka na Gestapo i potyczka z żandarmerią z Łowicza pod Nieborowem (12 VI 1944)
  • akcja kolejowa „Wieniec” – wysadzenie pociągu niemieckiego pod Makowem, a następnie pod Rogowem (początek VIII 1944)
  • karanie volksdeutschów i zdobycie broni: Strobów, Głuchów, Kochanów i Borowiny (1943–1944)
  • niszczenie połączeń telefonicznych
  • rozbrajanie Niemców i zdobywanie sprzętu, np. motorów

 

Często bywało, że poszczególne oddziały obwodu współpracowały ze sobą. Przykładem może być akcja na gimnazjum Oddziału Specjalnego, w której „Murzynek” był wolontariuszem wypożyczonym z Oddziału Sabotażowo-Dywersyjnego. Miała ona na celu zlikwidowanie polakożercy, niemieckiego kierownika szkoły oraz zdobycie broni (9 IV 1944).

Kilka z nich pozostało długo w pamięci jego kolegów i żyjących wówczas skierniewiczan. Relacja Tadeusza Maćkowiaka ps. „Juhas”:

„Murzynek” wszedł do samochodu na platformie wagonu stojącego na stacji. Wyrzucił mapy i inny sprzęt wojskowy. Był ubrany po cywilnemu, ale miał swastykę wpiętą w klapę. W tym momencie pociąg ruszył w kierunku Warszawy. „Murzynek” w trakcie jazdy wyrzucał stojącym dróżnikom buty i bieliznę znalezioną w samochodach. Powrócił po trzech dniach z teczką pełną pistoletów. Podszedł do przyglądających się mu Niemców, wyjął papierosa i poprosił o ogień. Niemcy usłużnie podali, widząc swastykę w klapie.

Dla młodego człowieka najtrudniejszy był jednak udział w likwidacjach Niemców i donosicieli. Znane są przynajmniej dwa wyroki Sądu Podziemnego Państwa Polskiego na osoby z aparatu okupanta, dające się szczególnie we znaki skierniewiczanom, które wykonał „Murzynek”. Były to likwidacja agenta Gestapo operującego wśród młodzieży oraz najgłośniejsza akcja na Kurta Rittera, kierownika Arbeitsamtu.

 

Zamach na Rittera

Arbeitsamt – Urząd Pracy w Skierniewicach – obejmował swoim zasięgiem Skierniewice, Łowicz, Sochaczew, Błonie, Grójec, Górę Kalwarię, Żyrardów, Grodzisk Maz. i Jeżów. Miał za zadanie dostarczać tanią siłę roboczą do morderczej pracy w rolnictwie i przemyśle na terenie Rzeszy.

Cywilny urzędnik niemiecki Kurt Ritter był wyjątkowo sadystycznym człowiekiem i kanalią. Mieczysław Skrzypek, pracownik Arbeitsamtu i wtyczka AK, relacjonował:

Werbunek polskiej siły roboczej na potrzeby hitlerowskiej gospodarki odbywał się przy pomocy łapanek organizowanych przez Rittera na wsiach, w miasteczkach i dworach kolejowych. W czasie tych łapanek posługiwał się pałką sporządzoną z linki stalowej obciągniętej skórą. Pałka grubości 2 cm miała rękojeść i pętlę na przegub dłoni, by przy biciu nie wypadała z ręki Niemca. Dopuszczał się rękoczynów na Polakach, kopał i bił nawet kobiety, w tym ciężarne, które interweniowały w sprawie zatrzymanych synów, braci i mężów. Szczególnie prześladował młodych mężczyzn powyżej 15 roku życia, których chciał wysłać na roboty do Niemiec. Taka działalność doprowadziłaby do biologicznego wyniszczenia narodu polskiego."

Ostrzeżenia Podziemia nie przynosiły rezultatów. Ritter mawiał:

„Mein Haar wird an diesem Ort wachsen, wenn mindestens ein Mann über fünfzehn in Skierniewice bleibt” – „Włosy mi w tym miejscu wyrosną” (wskazując na wewnętrzną część dłoni), „jeśli w Skierniewicach pozostanie choć jeden mężczyzna powyżej piętnastego roku życia”.

Informacje dotyczące Rittera skrupulatnie zbierali bracia Skrzypkowie z Oddziału Łączności i Ochrony Sztabu. Ówczesny komendant obwodu AK Skierniewice, kpt. Lucjan Zieliński, na podstawie wyroku sądu podziemnego i rozkazu komendanta Obszaru Warszawskiego gen. Albina Skroczyńskiego ps. „Klimek”, będącego jednocześnie przewodniczącym sądu kapturowego przy KG AK, nakazał likwidację hitlerowca.

Pierwsza próba przeprowadzona w mieszkaniu Rittera przez Edwarda Kostusiaka ps. „Kostek” wraz z obstawą nie powiodła się.

Niemiec codziennie udawał się do Arbeitsamtu, który mieścił się w budynku Szkoły Powszechnej nr 2 przy ul. 1 Maja. Przez trzy tygodnie wywiad AK rozpracowywał jego zwyczaje, codzienną drogę do pracy oraz wyjazdy w teren. Zdecydowano się na zamach uliczny.

Termin wykonania wyroku wyznaczono na piątkowy ranek 25 czerwca 1943 r. Do akcji wytypowano czterech żołnierzy Oddziału Sabotażowo-Dywersyjnego, którzy obstawiali różne możliwe drogi przemieszczania się Rittera. Byli to: Mieczysław Błaszczyk „Siwy”, Stefan Drążkiewicz „Murzynek”, Edward Kostusiak „Kostek” oraz Wiesław Ryk „Andrzej”.

Rozkaz dowódcy brzmiał:

„Przemieszczającego się Rittera należy przepuścić i oddać strzał z tyłu”.

Tego ranka Ritter, mieszkający przy ul. Kościuszki, w domu wysiedlonego Eugeniusza Mildego, przedwojennego oficera, jechał do pracy rowerem. Wybrał drogę przez ul. Plantową wzdłuż torów kolejowych, którą obstawiał „Murzynek”.

O godzinie 7.30, na wysokości posesji nr 2 (dziś 14), nadchodzący z naprzeciwka „Murzynek” przepuścił Niemca, krzyknął, by się zatrzymał i w momencie, gdy ten się odwrócił, oddał celny strzał w czoło. Drugi strzał, w skroń, dla pewności stanowił jednocześnie umówiony wcześniej sygnał dla pozostałych kolegów z oddziału, że zadanie zostało wykonane i należy natychmiast wycofać się z zajmowanych stanowisk.

Miejsce akcji było jednym z niewielu możliwych do wykonania i było bardzo niebezpieczne. W sąsiedztwie mieszkało kilku Niemców, w tym żandarm volksdeutsch Bremberowicz, a nie dalej jak 100 m znajdowała się siedziba żandarmerii.

Po akcji dowódca oddziału por. Jerzy Gójski udzielił Drążkiewiczowi reprymendy, ponieważ rana postrzałowa w czoło wskazywała na niedokładne wykonanie rozkazu. Na żądanie wyjaśnień chłopak odpowiedział krótko:

„Dowódco, nie mogłem strzelić do człowieka z tyłu”.

Dowódca wstał wówczas zza stołu, wyjął z szuflady swoją oficerską czapkę i w pozycji „na baczność” zasalutował mu. W ten sposób przedwojenny 37-letni oficer Wojska Polskiego wyraził uznanie 18-letniemu żołnierzowi za jego tak wysokie morale.

Dzięki zlikwidowaniu Rittera wielu młodych mężczyzn ze Skierniewic i powiatu uniknęło wywózki na roboty do Rzeszy. Niemieckie śledztwo w tej sprawie nie przyniosło rezultatów. Zamach na Rittera odbił się szerokim echem w Generalnej Guberni.

Po wojnie w Skierniewicach zamach na Rittera porównywany był z zamachem na Franza Kutscherę, zwanego katem Warszawy.

Drążkiewicz palił się do udziału w akcjach, w których wykazywał się ogromną odwagą. Często przebierał się w mundur niemiecki. Podczas jednej z akcji stał na skrzyni samochodu wypełnionej materiałami wybuchowymi, w mundurze żandarma, z opartym o szoferkę karabinem maszynowym gotowym do strzału. Niemcy bali się ich zatrzymać.

Ostatnią jego akcją był odwet na volksdeutschach w okolicach Głuchowa. W niemiecki mundur przebrał się we wsi Przybyszyce. Po akcji AK-owcy mieli odcięty odwrót, a cywilne ubranie wraz z kenkartą i adresem zamieszkania wpadło w ręce Niemców.

 

Aresztowanie, śmierć i zemsta

Dwa dni po akcji, 20 sierpnia 1944 r., żandarmi przyszli do domu „Murzynka” przy ul. Bielańskiej 35. Nie znaleźli go, gdyż ukrył się na strychu. Opuszczali już dom, gdy granatowy policjant coś zobaczył lub usłyszał i zawrócił żandarmów.

Uzbrojony Drążkiewicz poddał się, ponieważ nie chciał narażać matki, gospodarzy i sąsiadów. Został przewieziony do siedziby żandarmerii przy ul. Piłsudskiego i poddany ciężkim torturom.

Natychmiast po aresztowaniu „Murzynka” Oddział Sabotażowo-Dywersyjny podjął decyzję o odbiciu go z aresztu żandarmerii. Niestety z powodu jego szybkiej śmierci akcja ta nie doszła do skutku.

Katowany przez kilku żandarmów nie wydał nikogo. Podczas bicia uszkodzono mu kręgosłup, w wyniku czego nie mógł stać o własnych siłach. Nie do końca pewny, czy wytrzyma dalsze nieludzkie przesłuchania, wolał umrzeć.

Podczas kolejnego przesłuchania, leżąc już, kazał nachylić się żandarmowi, by mu coś powiedzieć. Gdy ten to zrobił, Stefan napluł mu w twarz. Wściekły Niemiec wyciągnął broń i go zastrzelił.

Znający doskonale „Murzynka” koledzy byli przekonani, że zaplanował i sprowokował taki bieg wydarzeń.

Dziwne jest to, że przesłuchania dokonywali żandarmi, a nie Gestapo, które wówczas miało swoją siedzibę w Łowiczu. Może skierniewiccy żandarmi chcieli się wykazać przed przełożonymi?

Zmasakrowane ciało Stefana Drążkiewicza zostało wywiezione do lasu Zwierzyniec i tam zakopane. Zwierzyniec, znajdujący się najbliżej żandarmerii mieszczącej się w dworku przy ul. Piłsudskiego, był miejscem wielu niemieckich mordów na skierniewiczanach.

Niestety intensywne poszukiwania przez kolegów z oddziału miejsca pochówku, jeszcze tego samego roku i w następnym, nie przyniosły rezultatów.

Przyjaciele z oddziału pomścili go, wykonując wkrótce wyroki śmierci na żandarmach Konigu, Kleinie i Scheterze uczestniczących w pojmaniu i torturowaniu „Murzynka”.

Już miesiąc później grupa w składzie: Władysław Baran „Lord”, Józef Dworzyński „Cygan” oraz Jan Osypiński „Nożyk” zastrzeliła przy Rynku jednego z nich. Następny zginął w lokalu fryzjerskim przy ul. Senatorskiej z rąk Józefa Dworzyńskiego „Cygana” i Wiesława Płońskiego „Wilczka”, kuzyna Drążkiewicza.

Granatowy policjant, który przyczynił się do ujęcia „Murzynka”, zginął zastrzelony przez Wiesława Ryka ps. „Andrzej” w Łowiczu, w lokalu Rady Głównej Opiekuńczej.

Głównego oprawcę Stefana Drążkiewicza – żandarma Bremberowicza – sprawiedliwość dopadła w Głownie, gdzie został przeniesiony. Wszyscy oprawcy przed śmiercią usłyszeli słowa:

„To za Murzynka”.

Sprawiedliwości stało się zadość, ale zemsta dokonana przez kolegów nie przywróciła życia temu wspaniałemu żołnierzowi, który po dziś dzień pozostaje legendą skierniewickiej konspiracji.

W wykazie stanu służby śp. st. strz. „Murzynka” jego dowódca por. Jerzy Gójski i szef oddziału Zygmunt Kempiński napisali:

Stefan Janusz Drążkiewicz wstąpił do organizacji KOP 1.01.1941 r., obierając sobie pseudonim „Murzyn”. Po złożeniu przysięgi organizacyjnej został przydzielony do kompanii KOP. Niezależnie od tego, obdarzony sprytem i wrodzoną inteligencją, oddaje duże usługi w wywiadzie, rozpracowując agentów nieprzyjaciela. Po przyłączeniu KOP do PZP/AK w 1942 r. zostaje zaprzysiężony powtórnie przysięgą Armii Krajowej.

Mając nieprzeciętne zdolności i pomysły w walce konspiracyjnej z wrogiem, zostaje przydzielony do oddziału dywersji bojowej, biorąc czynny i wydatny udział w sabotażu kolejowym, we wszystkich ostrych akcjach oddziału oraz w likwidacji zdrajców, szpiegów, Niemców, żandarmów i Gestapo.

Za wykazaną wybitną pilność w służbie został mianowany rozkazem K.O. z dnia 15.06.1943 r. starszym strzelcem, a rozkazem Komendy Obszaru z dn. 20.09.1943 r. został odznaczony Krzyżem Walecznych po raz pierwszy za wykazaną w trudnych warunkach odwagę i zimną krew.

Aresztowany dnia 20 sierpnia 1944 r. pod zarzutem należenia do AK oraz czynnego udziału w akcjach dywersyjnych został bestialsko skatowany i zastrzelony przez żandarmerię 21 sierpnia 1944 r. W czasie badań i kaźni śp. Stefan Janusz Drążkiewicz zachował się jak przystało na prawego Polaka i żołnierza, ponosząc bohaterską i męczeńską śmierć, nie wydawszy nic i nikogo.

Wśród swoich przełożonych i kolegów pozostawił po sobie pamięć jednego z najlepszych synów Ojczyzny.

Skierniewice, 22 września 1944 r.

Podpisani: Dowódca Oddziału „Doliwa” i szef Oddziału „Boruta”.

 

Upamiętnianie

Jeszcze za życia Stefana Drążkiewicza mianowano starszym strzelcem. Odznaczony również został przez Komendanta Głównego Krzyżem Walecznych „za wykazaną ambitną pilność w służbie”. Pośmiertnie odznaczono go Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami.

Pod koniec 1949 r. matka „Murzynka”, Eugenia Drążkiewicz, wystąpiła do sądu o uznanie syna za zmarłego. Proces toczył się na przełomie 1949 i 1950 r. Wśród świadków zeznawali jego towarzysze broni: Jerzy Gójski i Edward Kostusiak.

Dnia 17 lutego 1950 r. Sąd Grodzki w Skierniewicach, w osobie sędzi Grzeczyńskiej, uznał Stefana Janusza Drążkiewicza za zmarłego.

Wydawać by się mogło, że na tym zakończyła się historia młodego bohatera. Niemniej jednak Uchwałą nr XL/84/69 z dnia 24 stycznia 1969 r. Miejska Rada Narodowa w Skierniewicach upamiętniła Drążkiewicza, nazywając jego imieniem jedną z ulic na osiedlu Makowska.

Dziś w mieście niewiele już osób pozostało, które pamiętają Stefana Drążkiewicza. Dzisiejsi mieszkańcy, a zwłaszcza młodzież, nie zawsze znają jego historię i bohaterstwo. Dlatego cenne są wszystkie działania mające na celu zachowanie jak najdłużej pamięci o naszym bohaterze.

W 2019 r. uczniowie Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Prusa wraz z opiekunką, nauczycielką historii dr Anną Olczak, opracowali grę miejską zatytułowaną „Ta historia wydarzyła się naprawdę, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Pamięć o miejscach, pamięć o ludziach, pamięć o bohaterach”, na potrzeby której odtworzono i sfilmowano scenę zamachu. Aktorami byli uczniowie liceum.

W 2019 r. dwóch skierniewiczan – Andrzej Kostusiak, syn Edwarda, żołnierza AK ps. „Kostek”, starszego kolegi „Murzynka”, oraz Jacek Stępowski, siostrzeniec Leszka Żelechowskiego, żołnierza AK ps. „Sokół”, bliskiego kolegi „Murzynka” – postanowili ufundować symboliczny nagrobek na cmentarzu pw. św. Józefa przy ul. Kozietulskiego.

Andrzej Kostusiak ufundował tablicę z inskrypcjami i zdjęciem, a Jacek Stępowski wraz z siostrą Agnieszką przeznaczyli na ten cel eksponowane miejsce w pobliżu grobu rodzinnego.

Zamysłem było, żeby przez odsłonięcie pamiątkowej tablicy nagrobnej na symbolicznym miejscu spoczynku przypomnieć społeczeństwu Skierniewic młodego człowieka, który oddał życie w obronie Ojczyzny. By w trakcie rocznic patriotycznych, Święta Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego na jego symbolicznym miejscu spoczynku paliły się znicze i leżały kwiaty.

Przed uroczystością na tablicach ogłoszeniowych w Skierniewicach pojawił się nekrolog informujący o tym wydarzeniu, sfinansowany przez Jacka Zwierzchowskiego, syna skierniewickiego kronikarza AK, Karola Zwierzchowskiego.

W dniu 16 listopada 2019 r. na cmentarzu pw. św. Józefa o godz. 11.00 odbyła się uroczystość odsłonięcia i poświęcenia symbolicznej tablicy.

W uroczystościach uczestniczyły władze miasta: zastępca Prezydenta Skierniewic Jarosław Chęcielewski i przewodniczący Rady Miejskiej Andrzej Melon. Byli obecni również: szef Wojskowej Komendy Uzupełnień ppłk Piotr Mitkowski, delegacja Instytutu Pamięci Narodowej, Muzeum Historycznego Skierniewic i skierniewickie media.

Modlitwę i poświęcenie nagrobka celebrował ksiądz proboszcz parafii pw. św. Jakuba Apostoła w Skierniewicach Jan Pietrzyk. Wartę honorową zaciągnęli rekonstruktorzy ze Stowarzyszenia Tradycji 26. Skierniewickiej Dywizji Piechoty pod dowództwem Piotra Paradowskiego.

Licznie stawili się skierniewiczanie i młodzież, zwłaszcza z Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Prusa wraz z nauczycielką historii dr Anną Olczak. Niewątpliwie szczególnym gościem był Adam Stochwicz, wnuk siostry Stefana Drążkiewicza „Murzynka”.

Nad symbolicznym grobem pochylił się zabytkowy sztandar AK macierzystego Oddziału Sabotażowo-Dywersyjnego obwodu „Sroka” Skierniewice oraz sztandary Stowarzyszenia Harcerstwa Katolickiego „Zawisza” Federacja Skautingu Europejskiego.

Zamysł obu fundatorów przyniósł skutek. Nie tylko podczas rocznic patriotycznych, ale i w zwykłe dni przy symbolicznym nagrobku palą się znicze i leżą kwiaty, a także pochylają się głowy odwiedzających cmentarz.

W 2022 r. postać Stefana Drążkiewicza „Murzynka” stała się jedną z ikon skierniewickiej akcji „Jestem Dumny”. Jest to unikalna kampania edukacyjna, której tematem są losy bohaterów z różnych okresów historii Skierniewic.

Kreacja wizerunku postaci opiera się na istniejących źródłach – dokumentach, wspomnieniach, fotografiach i konsultacjach – przetworzonych przez współczesne techniki narracyjne.

Podstawą uznania bohatera „Jestem Dumny” jest związek ze Skierniewicami oraz jego działalność narodowowyzwoleńcza, odznaczająca się najwyższym poświęceniem i troską o życie ludzkie, nawet kosztem własnego. Właśnie takiego jak „Murzynek”.

To, co wydawało się zakończoną historią, znalazło niespodziewaną kontynuację.

Muzeum Historyczne Skierniewic weszło w posiadanie dokumentów ze śledztwa Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, która w latach siedemdziesiątych XX wieku badała zbrodnie niemieckie na terenie lasu Zwierzyniec i powiatu skierniewickiego.

W aktach tych pojawiło się zeznanie kierujące ślad poszukiwań właśnie do lasu Zwierzyniec. Nadmienić trzeba, że ten obszar leśny był „ulubionym” miejscem zbrodni niemieckiego okupanta, który dokonywał w nim egzekucji i bezimiennych pochówków zarówno pojedynczych osób, jak i grup zakładników, np. 20 rozstrzelanych skierniewiczan 17 września 1944 r.

Zeznający przed komisją świadek twierdził, że w sierpniu 1944 r., w czasie odpoczynku podczas sianokosów nad rzeczką Zwierzynką, na skraju lasu w pobliżu miejscowości Krężce dostrzegł bryczkę z niemieckimi żandarmami. Jednym z nich był volksdeutsch Bremberowicz, który zrzucił leżącego na bryczce człowieka, kazał mu zejść z drogi i, idąc za nim w odległości kilku kroków, oddał strzał w plecy, zabijając go na miejscu.

Rozglądając się dookoła, świadek dostrzegł siedzących ok. 100 metrów dalej mężczyzn. Żandarm kazał przynieść łopatę, zakopać ciało na skraju lasu i nic nikomu nie mówić.

Świadek zeznał, że był to młody człowiek ubrany w granatowe spodnie i koszulę.

W trakcie śledztwa dokonano wizji lokalnej, sporządzono zdjęcia i mapkę sytuacyjną, ale nie podjęto dalszych działań. W pewnym momencie zeznań pojawiło się nazwisko Stefana Drążkiewicza, który mógł być tym zamordowanym na skraju lasu.

Co prawda przeczyło to historii śmierci „Murzynka” znanej z informacji pozyskanych przez komórkę wywiadu AK, ale zdecydowano się sprawdzić ten trop.

We wrześniu 2021 r. Jacek Stępowski, prezes Towarzystwa Przyjaciół Skierniewic, wystosował do dyrektora łódzkiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej wniosek o przeprowadzenie kwerendy archiwalnej oraz podjęcie poszukiwań miejsca pochówku.

W listopadzie tego samego roku odbyła się wizja lokalna ekipy z Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN. Prace poszukiwawcze zaplanowano na 22 sierpnia 2022 r.

Po uzyskaniu niezbędnych zgód od Nadleśnictwa Skierniewice i Urzędu Gminy w Makowie oraz powiadomieniu Muzeum Historycznego Skierniewic rozpoczęto dwudniowe poszukiwania w obecności archeologa, antropologa i prokuratora IPN, a także pracowników muzeum dokumentujących wydarzenie.

Jako obserwatorzy obecni byli również Andrzej Kostusiak i Jacek Stępowski.

W trakcie poszukiwań odkryto szczątki ludzkie należące najprawdopodobniej do mężczyzny. Niestety wstępna ocena antropologiczna wykluczyła możliwość, by był to Stefan Drążkiewicz. Szczątki należały bowiem do człowieka w wieku około 40 lat, podczas gdy poszukiwany miał 19 lat. W miejscu ekshumacji znaleziono również kilka złotych zębów.

Prochy bezimiennej ofiary niemieckiego mordu zostały przewiezione do Zakładu Identyfikacji IPN w Warszawie.

Najprawdopodobniej nigdy nie poznamy tożsamości tego człowieka. Satysfakcję budzi jednak fakt, że mimo niepowodzenia w poszukiwaniach szczątków „Murzynka”, odnaleziono szczątki innej ofiary, co pozwoli na jej godny pochówek.

Co zaś się tyczy Stefana Drążkiewicza ps. „Murzynek”, autorzy postanowili, że nie ustaną w pielęgnowaniu pamięci o nim, co czynią niniejszą publikacją.

A poszukiwania? Trwać będą dopóki starczy sił i póki ktoś nie przekaże nowych informacji, które pozwolą na następną próbę identyfikacji miejsca pochówku.

Może znajdą się dokumenty w archiwach niemieckich, może podczas prac ziemnych ktoś natrafi na szczątki, może ktoś odnajdzie coś w pamięci swoich dziadków lub rodziców? Autorzy liczą na każdy odzew osób posiadających jakiekolwiek informacje związane ze Stefanem Drążkiewiczem „Murzynkiem”.

 

Wspomnienia mecenasa Zygmunta Jasińskiego

W dniu 2 września 1999 r. na łamach „Informatora Tygodniowego Skierniewic” ukazały się wspomnienia Zygmunta Jasińskiego, znanego skierniewickiego adwokata, członka palestry II Rzeczypospolitej, działającego również w czasie okupacji i po wojnie.

Poza oficjalną działalnością adwokacką był on także członkiem Sądu Podziemnego Państwa Polskiego.

 

O Stefanie Drążkiewiczu „Murzynku”

Wiosną 1940 r. na prośbę matki Stefana Drążkiewicza zaangażowałem go jako sekretarza w mojej kancelarii, co dawało mu możność uniknięcia przymusowej wywózki na roboty. I stąd nawiązała się długoletnia serdeczna przyjaźń, jaka nas połączyła ze Stefanem.

Mimo znacznej różnicy wieku mieliśmy wspólne zainteresowania. Stefan pasjonował się strzelectwem i wszelką bronią. Opowiadał o swoich akcjach w konspiracji, o przecinaniu linii telefonicznych i wspinaniu się na słupy przy pomocy własnoręcznie wykonanych kolców.

W latach 1943–1944 jego nieobecności zdarzały się coraz częściej i trwały nieraz po kilka dni. Jak dowiedziałem się później od Wiesława Ryka, Stefan brał udział w wielu akcjach poza Skierniewicami.

 

O zamachu na Rittera

Piękny, słoneczny letni ranek w roku 1943. Idę do sądu i już na ulicy spostrzegam jakiś inny nastrój w mieście. Dowiaduję się od przechodniów: Ritter zabity.

Dosłownie kilka minut później w pokoju adwokackim pojawia się Stefan. W pewnym momencie szepnął mi do ucha: „Panie mecenasie, to ja go zabiłem”.

Kazałem mu natychmiast uciekać ze Skierniewic. Późnym wieczorem zjawił się u mnie. Był załamany, ponieważ zabił człowieka. Tłumaczyłem mu, że wykonał wyrok wydany na hitlerowskiego zbrodniarza.

Później opowiedział mi dokładnie przebieg zamachu. Przez wiele tygodni obserwowano drogę Rittera do Arbeitsamtu. W dniu wykonania wyroku Stefan spacerował między przejazdami kolejowymi, oczekując na Niemca.

Gdy pojawił się Ritter jadący rowerem, Stefan zorientował się, że tamten rozumie, co się dzieje. Wyciągnął rewolwer i strzelił mu prosto w czoło. Następnie oddał drugi strzał i uciekł do domu.

 

O aresztowaniu i śmierci „Murzynka”

W 1944 r. Stefan pojawił się u mnie dzień przed śmiercią. Był zdenerwowany i niespokojny. Pomagał mi zrywać gruszki. Nie wiedziałem, że widzę go po raz ostatni.

Następnego dnia dowiedziałem się, że został złapany. Wydał go granatowy policjant, który zauważył jego sylwetkę w okienku na strychu.

Stefan został zabrany, a następnie zamordowany. Według relacji był ciężko torturowany i prawdopodobnie doznał bardzo poważnych obrażeń.

Zginął po bohatersku. Kazał nachylić się nad sobą żandarmowi, jakoby chciał mu coś powiedzieć, a następnie napluł mu w twarz. Rozwścieczony Niemiec zastrzelił go na miejscu.

Według największego prawdopodobieństwa zwłoki Stefana zostały pochowane gdzieś na terenie Zwierzyńca. Wiem, że poszukiwano jego grobu. Ja sam również prowadziłem takie poszukiwania, ale bez rezultatu.

 

O człowieku

Stefan Drążkiewicz był człowiekiem nieprzeciętnym. Był wszechstronnie uzdolniony, miał talent do języków, dobrze posługiwał się niemieckim. Był obdarzony słuchem muzycznym, pięknie tańczył.

Był człowiekiem wielkiej wartości. Wszystko to oddał Ojczyźnie. Kochał Polskę i świadomie oddał za nią życie.

Zginął w 1944 r., pomnażając liczbę tych setek tysięcy bohaterów, którzy w XIX i XX wieku ginęli za Polskę i jej niepodległość.

 

Tekst zawiera fragmenty opracowania pt.:

STEFAN DRĄŻKIEWICZ PS. „MURZYNEK” – MŁODY SKIERNIEWICKI BOHATER - Kostusiak Andrzej, Stępowski Jacek

Więcej informacji o opisanej osobie wraz ze spisem źródeł znajduję się w powyższym dokumencie.

 

Informacje

Copyright 2022

Muzeum Historyczne Skierniewic

 

Projekt i wdrożenie: Przemysław Sarzyński